Świętość jest możliwa
Przy grobach bliskich łatwo myśleć jedynie o tym, co już się skończyło. Wracają rozmowy, wspólne chwile, czasem żal, że czegoś nie zdążyliśmy powiedzieć. Dzisiejsza uroczystość pozwala spojrzeć dalej – na to, co jest przed nami. Wierzymy przecież, że życie człowieka nie zamyka się między datami zapisanymi na nagrobku.
Kiedy wspominamy Wszystkich Świętych, wyznajemy, że Chrystus naprawdę pokonał śmierć i że są ludzie, którzy już cieszą się pełnią życia z Nim. Dziękujemy za świętych znanych z imienia i za tych, o których życiu nie napisano żadnej książki. Możemy prosić ich o modlitwę, bo w Chrystusie nadal jesteśmy ze sobą związani. A zaraz potem pojawia się pytanie bardzo osobiste: czy ja też tego pragnę?
Można pragnąć spokoju, zdrowia, udanych relacji, rozwiązania trudnej sprawy. I dobrze. Ale czy pośród tego wszystkiego jest we mnie pragnienie nieba? Czy myśląc o nim, cieszę się na spotkanie z Bogiem? W niebie będziemy mogli kochać bez lęku, że miłość się skończy, że zostaniemy odrzuceni albo że znów kogoś zranimy. Tęsknić za niebem to tęsknić za taką bliskością. Być może słowo „świętość” brzmi zbyt poważnie, żeby odnieść je do siebie. Kojarzy się z kimś niezwykłym, z wielkimi dziełami albo życiem, którego nie potrafilibyśmy naśladować. Tymczasem pragnąć świętości to chcieć być blisko Boga i pozwalać, żeby ta bliskość mnie zmieniała. Nie muszę wyróżniać się na tle innych. Mam stawać się podobny do Tego, który mnie kocha.
W drugim czytaniu znajdujemy takie słowa: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy” (1 J 3, 1). Zauważmy, że Jan Apostoł nie mówi o naszych osiągnięciach, o zasługach czy o bezbłędnym przestrzeganiu przepisów. Mówi o darze. Pragnienie świętości nie ma być pragnieniem wyjątkowości czy budowaniem własnego pomnika za życia. Nie chodzi o to, żeby być kimś lepszym od innych, żeby patrzeć na świat z góry z poczuciem własnej moralnej wyższości. Pragnienie świętości to pragnienie upodobnienia się do Boga, a źródłem tej przemiany jest zawsze Jego miłość, która nas podnosi: „Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jaki jest” (1 J 3, 2). Świętość to nie życie według moralnego systemu, ale żywa relacja z Tym, który nas bezwarunkowo kocha. Jan Apostoł przypomina, że już jesteśmy Bożymi dziećmi. Zanim zrobiliśmy cokolwiek dobrego, zostaliśmy ukochani. To ważna kolejność, bo łatwo ją odwrócić i całe życie próbować zasłużyć na przyjęcie przez Boga. Ojciec nie zacznie nas kochać dopiero wtedy, gdy wszystko w sobie uporządkujemy. Jego miłość daje nam siłę, żeby się zmieniać. W Kościele łączy nas właśnie to obdarowanie i wspólne powołanie. Bo każdy jest zaproszony do życia z Bogiem.
Jak wygląda droga do takiego życia? Jezus w Kazaniu na Górze wypowiada osiem błogosławieństw. Łatwo jednak usłyszeć w nich kolejne wymagania i od razu poczuć ciężar na ramionach. I myślimy, że znowu trzeba się bardziej postarać, znowu trzeba być lepszym, cichszym, bardziej cierpliwym. Lecz ta mowa Jezusa to nie pobożne wskazówki ani etyczny kodeks. To autoportret samego Chrystusa. To opis tego, jaki jest On sam i jaka jest miłość Boga, która w Nim się objawia. Kiedy Jezus mówi o błogosławieństwach, opisuje swoje własne serce, a jednocześnie pokazuje nam, jak wygląda człowiek żyjący pełnią życia, człowiek dotknięty łaską. Błogosławieństwa to nie jest przepis na to, jak zapracować na niebo, ale zaproszenie do wejścia w dynamikę Bożej obecności.
Święty to nie jest ktoś, kto się nigdy nie myli, kto nie ma wątpliwości, nie potyka się i nie grzeszy. Tacy ludzie po prostu nie istnieją. Święty to ten, kto ma pełną świadomość swoich błędów, swojej nędzy i grzechów, a jednocześnie wie, z całą pewnością wiary, że może się całkowicie oczyścić w Chrystusie. To człowiek, który potrafi stanąć w prawdzie o sobie i nie ucieka od miłosierdzia, bo wie, że ono jest większe niż jakikolwiek jego grzech. Apokalipsa pokazuje to z uderzającą prostotą. Widzimy „wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem” (Ap 7, 9). A potem słyszymy, kim są ci ludzie: „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku, i opłukali swe szaty, i wybielili je we krwi Baranka” (Ap 7,14). Nikt z nich nie przyszedł w szacie, która nigdy się nie pobrudziła. Przyszli z ucisku, ze zmęczenia, z upadków, z życia, które często bolało. I z tym wszystkim poszli do Chrystusa. Święci to ci, którzy nie bali się stanąć przed Barankiem w brudnej szacie.
Dzisiejsza uroczystość jest po to, żebyśmy zobaczyli, że Bóg chce zbawienia każdego z nas. Powołanie do świętości to jest coś, co nas wszystkich ze sobą łączy. Nie dzieli nas na lepszych i gorszych, ale gromadzi wokół tego samego stołu i tego samego źródła. Wzrok dzisiaj kierujemy ku Górze, żeby w naszych sercach rozpalić tęsknotę, która będzie porządkować nasze życie i napędzać naszą wiarę, pomagając rozpoznawać, czemu warto oddać czas i siły. Jeśli chcę żyć z Bogiem na zawsze, już teraz muszę uczyć się wybierać to, co mnie do Niego zbliża. W perspektywie wieczności widać wyraźniej, jak wiele energii oddajemy sprawom, które nie pomagają nam kochać.
Jesteśmy w Kościele po to, żeby zaufać Panu. Żeby uwierzyć wbrew wszelkim naszym lękom, że śmierć nie ma ostatniego słowa, że nie kończy wszystkiego, że nie jest ostateczną ścianą. „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni” (Mt 5, 4). Jezus nie każe udawać, że śmierć nie boli. Mówi tylko, że nie ona rozstrzyga. Ostatnie słowo należy do Tego, który zmartwychwstał, i to Jemu ufamy, kiedy stoimy przy grobach naszych bliskich. I właśnie dlatego świętość to w głębokim sensie odkrywanie niezwykłej złożoności człowieka. Nie jesteśmy bowiem bezdusznym zbiorem komórek, ślepym produktem ewolucyjnego przypadku, który ma tylko przez chwilę przeżyć na ziemi i zniknąć w niczym. Jesteśmy istotami stworzonymi z miłości i dla miłości, mającymi kochającego Boga, który sam stał się człowiekiem – wszedł w nasz ból, w naszą kruchość, w nasze codzienne łzy – po to, byśmy uwierzyli w swoje powołanie do piękności nieba.
Bez tej perspektywy chrześcijaństwo łatwo sprowadzić do zasad przyzwoitego postępowania i pielęgnowania pamięci o Jezusie. Tymczasem gromadzimy się przecież wokół Kogoś, kto żyje. W Eucharystii przyjmujemy Chrystusa zmartwychwstałego. Jemu powierzamy naszych zmarłych i własny lęk przed śmiercią. Widziany przez Jana tłum zbawionych przypomina, że świętość jest możliwa w najróżniejszych ludzkich historiach. Jest możliwa też w mojej historii.


Skomentuj artykuł