"To ja przychodzę do telefonu, nie on do mnie". Jak odzyskać kontrolę nad swoją uwagą?
Smartfon miał ułatwiać codzienność, a coraz częściej staje się źródłem zmęczenia, rozproszenia i przebodźcowania. Dlaczego tak trudno odłożyć telefon, nawet wtedy, gdy wiemy, że wcale nam nie służy? Czy cisza, modlitwa i świadomie wyznaczane granice mogą stać się skuteczną odpowiedzią na mental load współczesnego świata? O cyfrowym przeciążeniu, odpoczynku i miejscu wiary w rzeczywistości pełnej ekranów rozmawiają Magdalena Urbańska i Agata Rusek w kolejnym odcinku cyklu "Katoliczka w sieci".
Magda Urbańska: Agato, cieszę się, że poruszamy dziś właśnie ten temat, wiesz? Przez ostatnie dni tak wiele się u mnie działo, w życiu “realnym”, że telefon leżał gdzieś z boku, bo zwyczajnie zabrakło dla niego czasu, nie był ważny. Mimo, że nie lubię tłumów ludzi, a przez ostatnie dni przewinęło się ich u mnie zdecydowanie nadmiarowa ilość, to czuję, że wypoczęłam. To dla mnie niezwykłe odkrycie, choć nie nowe… Muszę go doświadczać nieustannie, by uwierzyć, że tak właśnie już ze mną jest [śmiech]. Od razu przypomina mi się też moje doświadczenie ostatnich rekolekcji ignacjańskich - 8 dni w ciszy. Telefon leżał wyłączony na dnie walizki. Jakże ja wtedy niesamowicie odpoczęłam!
Agata Rusek: Mnie to też ciągle zaskakuje, jak łatwo daję się zwieść tej złudzie, że z telefonem w ręku da się wypocząć albo że ta ciągła dostępność (także wspierająca zarządzanie życiem!), którą oferują smartfony - daje nam wolność. Potem jadę na urlop bez ekranu, zamykam się na rekolekcjach, zaszywam na adoracji w ciszy i nagle widzę jak na dłoni, że moją głowę niepostrzeżenie po raz n-ty opanowała bieżączka, a z nią poczucie frustracji, zmęczenia, bezsilności. Czasem się obwiniam, że to kwestia mojego charakteru albo braku silnej woli, ale na ogół szybko dochodzę do wniosku, że to nie tylko to. Przecież to nie do końca jest tak, że ja mam realny, rzeczywisty wybór nie być podłączona “do sieci” - ani jako pracownik, ani jako rodzic, ani nawet jako członek rodziny to już nie jest takie oczywiste, żeby się wyłączyć z cyfrowego otoczenia. I sami żeśmy sobie zafundowali taki świat!
Magda Urbańska: Rzeczywiście, w codzienności nie da się wyłączyć zupełnie. Nawet przy założeniu, że nie korzystamy z TikToka czy mediów społecznościowych i tak zostają choćby szkolne grupy rodzicielskie, portale informacyjne itd. Dziś telefon nie służy nam głównie do wykonywania połączeń i rozmowy, często staje się dla nas po prostu małym, przenośnym komputerem, po który coraz częściej sięgamy bezmyślnie, odruchowo.
Agata Rusek: Przy czym mam wrażenie, że w tym kontekście bardzo często zapominamy, iż nasz mózg został zaprojektowany do przetwarzania informacji "z jednej wioski", tzn. twarzy, które zna, spraw, na które ma realny wpływ. A my codziennie dostajemy do przerobienia sprawy zawodowe, garść newsów rodzinnych, zwyczajne dylematy codzienności (w którym markecie są jakie promki) plus trzęsienie ziemi w Azji, awanturę w grupie klasowej, dwadzieścia cudzych remontów kuchni i informację, że komuś umarł pies. Wszystko w niebotycznych porcjach, tym samym rozmiarem czcionki, napompowane słowami i kadrami, które podsycają emocje. Niby wiem, że to nie jest dla mnie dobre, ale i tak raz po raz daję się wciągnąć w spiralę scrollowania.
Magda Urbańska: Sama łapię się na tym, że odświeżam ekran co jakiś czas, mimo że nie czekam na żadną konkretną wiadomość. Statystyki podają, że sprawdzamy swój telefon ok. 58 razy na dobę, spędzając około 5 godzin ze smartfonem w ręce. Nic więc dziwnego, że czujemy się przeciążeni, przebodźcowani. Tym bardziej, że często robimy to bezmyślnie, chcąc po prostu odpocząć. Mam kwadrans, zanim ugotują się ziemniaki na obiad, zaczynam bezsensownie scrollować Facebooka. Myślę sobie, że zerknę tylko na chwilkę, a później nie wiem kiedy minęło pół godziny. Tak, sama się na tym łapię. I potrzebuję takiego czasu z zupełnym odcięciem od smartfona. Na przykład rekolekcje ignacjańskie, żeby uświadomić sobie, że to tylko wydmuszka, że tak naprawdę odpoczywam, gdy telefon leży gdzieś z boku. I tu zaczynają się schody, prawda? Jeśli nie ma się możliwości wyłączyć zupełnie, na cały czas, bo - choćby tak jak my - jesteśmy twórcami, nasza praca w dużej mierze “dzieje się” w internecie, nie możesz po prostu przestać z niego całkowicie korzystać i zamieszkać w jaskini. Z drugiej strony, trzeba dużo samodyscypliny, by wyznaczyć sobie konkretny cel i go pilnie realizować, nie zaglądając przy okazji do tego, co bezsensownie zabiera nasz czas. Przyznaję, że moją pierwszą myślą w temacie tego, co mi pomaga jest codzienny ignacjański rachunek sumienia. Nie spodziewałaś się tego, prawda? [śmiech]
Agata Rusek: No wyobraź sobie, że się spodziewałam [śmiech]. I mnie także bardzo mocno na mental load pomaga trzymanie się duchowości. Ty masz rachunek sumienia, a ja z kolei bardzo mocno pilnuję, by każdy dzień zaczynać i kończyć ze Słowem Bożym i to jest coś, co mnie chyba najlepiej zakotwicza w normalności. Dzień zaczynam od modlitwy i na modlitwie go kończę, i to jest jedyna rzecz, której nigdy nie negocjuję z resztą mojego kalendarza. Nie dlatego, że jestem taka super zorganizowana - nie jestem - tylko dlatego, że sprawdziłam na sobie, że kiedy pierwszą rzeczą, którą widzę po przebudzeniu, jest ekran, to cała moja codzienność staje na głowie. Wtedy przez cały dzień jestem u kogoś w gościach. Ktoś inny ustawia mi, co jest ważne, wokół czego krążą moje myśli i czego mi brakuje. A zaczynając dzień dosłownie od "w imię Ojca" przyznaję sama przed sobą, że potrzebuję Jego łaski i bez tego sobie nie poradzę. Wiem też, że od Boga usłyszę tylko to, co mnie rzeczywiście buduje i daje życie, a nie słowotok, w którym oprócz mądrych treści zawsze wpadnie trochę plew plotek czy spraw, które mnie nie powinny zajmować. Dużo daje mi też częsta adoracja (mam luksus kaplicy z całodzienną adoracją na sąsiedztwie) i wieczorna modlitwa w ciszy - czyli dokładnie ten rodzaj modlitwy, w którym na poziomie powszednich odczuć niewiele się dzieje. Żadnego contentu [śmiech]. I mam wrażenie, że my o ciszy bardzo często myślimy jak o braku - brak dźwięku, brak bodźca, pustka do wypełnienia. A cisza jest dla mnie bardzo konkretną Obecnością, tylko trzeba w niej posiedzieć dłużej, niż wytrzymuje nasza rachityczna, współczesna cierpliwość. W walce z przeciążeniem mam też bardziej prozaiczne patenty w asortymencie.
Magda Urbańska: O, jakie?
Agata Rusek: Przede wszystkim od kilku lat mam na stałe wyciszone wszystkie powiadomienia. Nie w trybie "pracuję", tylko na stałe - telefon nie ma prawa mnie zaczepić pierwszy. To ja do niego przychodzę, kiedy postanowię i sprawdzam, co, gdzie, kiedy, kto napisał. W walce z przebodźcowaniem pomógł mi też powrót do papieru. Kiedy pracuję, a pracuję przecież przede wszystkim w internetowych obszarach, paradoksalnie bardzo dużo rzeczy piszę ręcznie - notatki, plany, początki tekstów. Odkryłam, że kiedy piszę na kartce, myślę wolniej i na ogół potrafię dużo szybciej sformułować do końca dany wątek. Ekran mnie ciągle podpuszcza, żeby coś sprawdzić, dopisać, poprawić, otworzyć drugie okno "tylko na chwilę" - a kartka nie ma drugiego okna, które sprzyja rozproszeniu i zmęczeniu mózgu.
Magda Urbańska: Bardzo podoba mi się Twoje określenie, że telefon nie ma prawa zaczepić mnie pierwszy! Jakie to mądre! Sama jako twórczyni staram się mieć konkretny plan, bo bardzo pomaga mi rutyna. Pomaga mi to, że o określonej godzinie publikuję wpis, że codziennie rano pojawia się moja relacja ze Słowem z dnia. Sama sobie tę rutynę ustalam i modyfikuję, patrząc na to czy mi to służy czy nie. Przykładowo, podczas Wielkiego Postu napisałam wprost w swoich mediach społecznościowych, że jestem dostępna do godz. 12:00. To pomogło mi odkładać telefon po południu i odcinać się od niego. Nie miałam takiego “ciśnienia”, że ktoś coś do mnie napisał, pytał, czegoś chciał, a ja mu nie odpowiadam. Byłam dostępna kolejnego dnia, po prostu… Teraz, w wakacje, też staram się wyznaczać sobie konkretny czas bez telefonu, żeby być bardziej uważną i obecną dla moich bliskich. Tyle z perspektywy twórcy. Moje doświadczenie jest takie, że jako twórca potrafię być bardziej uważna, niż jako użytkownik, bo tutaj trudniej mi o jakiś plan, konsekwencję. Choć widzę, jak choćby jedno popołudnie bez telefonu w ręce pomaga mi lepiej zasnąć, odpocząć, poczuć smak kawy… Śmieszne? Nie dlatego, kto tego doświadczył, bo to jest dla mnie jasny znak: twój mózg jest przeciążony, za dużo siedzisz z telefonem w ręce, skoro nie widzisz, nie słyszysz, nie czujesz. Sami to sobie robimy. Bezmyślnie…
Agata Rusek: Oj znam to, znam. Myślę, że można sobie wmawiać różne rzeczy o swojej higienie cyfrowej, ale kiedy przestajesz czuć, słyszeć i widzieć - to jest wyraźny sygnał przebodźcowania i nie ma z nim dyskusji. Ja gdy tylko czuję pierwsze symptomy, wiem, że muszę wyjść z domu i zmęczyć ciało. Staram się wychodzić codziennie przynajmniej na krótki spacer czy przebieżkę - i co jest ważne dla mnie - zawsze idę się poruszać bez słuchawek i bez telefonu. Pierwsze dziesięć minut takiego ruchu jest zazwyczaj okropnych, bo głowa domaga się bodźca jak dziecko domaga się cukierka. Ale potem coś się w niej odkleja i nagle pojawiają się myśli, na które przez cały tydzień nie było miejsca, bo miejsce było zajęte cudzymi problemami czy radościami. Pomaga mi także kontakt fizyczny z drugim człowiekiem. Przytulanie się. Mówię o tym całkiem serio, bo mam wrażenie, że my w tej całej rozmowie o cyfrowym przeciążeniu zapominamy, że jesteśmy ciałem. A wierzę, że Pan Bóg nie przypadkiem przyszedł do nas w ciele, dał się dotknąć, jadał z ludźmi posiłki. To nie jest pobożny ornament, to jest antropologia. Dziesięć sekund przytulenia robi z moim układem nerwowym więcej niż godzina czytania o tym, jak zadbać o układ nerwowy. Podobnie jak sypialnia wolna od ekranów - przeprosiliśmy się z budzikiem, telefon nie nocuje w sypialni, ostatnia godzina przed snem jest zazwyczaj analogowa. I nie chodzi tylko o niebieskie światło, o którym wszyscy już słyszeli. Chodzi o to, że jeśli ostatnią rzeczą, którą zabieram do łóżka, są cudze awantury i cudze tragedie, to potem przez pół nocy mój mózg próbuje je rozwiązać. Bezskutecznie, bo ich nie da się rozwiązać, one nie były do rozwiązania, one były do przewinięcia. Nie chcę przy tym udawać, że mi to wszystko wychodzi. Wychodzi mi mniej więcej tak, jak wychodzi każdemu, kto pracuje w internecie i próbuje z niego wracać do codzienności. Ale mam poczucie, że sama rezygnacja z udawania, że dam radę to ogarnąć siłą woli, była tu pierwszym prawdziwym krokiem i teraz kilka precyzyjnych, prostych zasad kierunkowych plus uparte proszenie Pana Boga o wsparcie - bardzo mi pomaga.
Magda Urbańska: Myślę, że wciąż za mało mówimy o tym, że - właśnie - nasze ciała potrzebują czuć. Dotyk, smak, przytulenie. I tego nie da nam ani czat GPT, ani Instagram. Karmimy się ochłapami… Które na chwilę zapychają i zostawiają z pustką. Bardzo przemawia do mnie to, co mówisz o zasypianiu bez cudzych dram. Mnie też niezwykle pomaga to, że od godz. 20 mój telefon leży wyciszony, ekranem do dołu. Raczej się wtedy do mnie nie dodzwonisz, nad czym boleje moje rodzeństwo [śmiech].
Agata Rusek: Wiesz, myślę też, że często tego nie dostrzegamy, ale w Kościele możemy korzystać z bardzo szerokiego wachlarza inspiracji do tego, by ze współczesnym przebodźcowaniem walczyć. Wspominałaś o rachunku sumienia, ja o modlitwie czy adoracji, ale przecież choćby poszczenie w piątek od telefonu może być świetnym wsparciem w walce z tym całym naszym ludzkim przebodźcowaniem. Albo świadome celebrowanie niedzieli totalnie analogowo. Takie decyzje mogą nam pomóc wyrwać się ze spirali zmęczenia i dać szansę spojrzeć na siebie z dystansu i ze spokojem.
Magda Urbańska: Tak, ale jest tu pewien problem, wiesz? My się boimy wyciszenia. To co mówiłaś wcześniej odnośnie wyjścia by pobiegać bez telefonu i słuchawek. Znam niewiele osób takich jak my, które nie uciekają od ciszy, ale nią oddychają. Widzę sama po sobie, że gdy cisza mnie jakoś gniecie, coś się we mnie dzieje, odruchowo zagłuszam to scrollowaniem. By się odciąć, nie czuć, bo jakiś problem wydaje się na teraz za duży, za ciężki. Kościół uczy nas uważności. Wiem, wiem, oklepane słowo. Tak to jednak widzę i czuję. Lubię wchodzić do mojego parafialnego kościoła rano. Oglądać jak poranne słońce przebija się przez witraże i odbija w podłodze. Czuć też wtedy specyficzny zapach tej świątyni. Modlę się tym, oddycham tam inaczej! Jednak musiałam do tego dojrzeć i przyznaję, że dojrzewam nadal!
Agata Rusek: Wydaje mi się, że tematu patentów na przebodźcowanie nie wyczerpiemy tak szybko, ale myślę, że ten temat przyjdzie nam trochę kontynuować przy okazji rozmowy o naszych relacjach z błogosławionym Chatem z GPT i znanym Doktorem Googlem. A ta już w kolejnym odcinku.
Magda Urbańska: Zapraszamy!
Przeczytaj poprzednie rozmowy:
- "Autentyczność się nie niesie". Katoliczki o presji i sile social mediów
- Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci
- Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom
- Bez wad, bez wątpliwości i w sukience. Mit prefekcyjnej katoliczki
- Ile swojej wiary można pokazać w sieci? "Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów"
- Jak wychować dziecko w erze TikToka? Złości mnie, gdy słyszę: "Może telefony niszczą dzieciństwo, ale nic już z tym nie zrobimy"
- Gdy dziecko staje się contentem. Co robią w sieci matki i jak się to odbija na prywatności dzieci?
- Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów
- Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?
- Czy z tego, co robimy w internecie, też trzeba się spowiadać?
Skomentuj artykuł