Oni też są Kościołem

11 lat temu
Logo źródła: List "List" luty 2010

Prawie nie spotkałem wśród żyjących w związkach niesakramentalnych człowieka, który nie miałby przykrych doświadczeń. Są obrażani głównie przy okazji kolędy albo załatwiania spraw związanych z chrztem dziecka. To takie urzędowe chamstwo. Z o. Józefem Puciłowskim, dominikaninem, historykiem i duszpasterzem rozmawia redakcja LIST.

"List": Zawsze zajmował się Ojciec historią, jest dyrektorem Dominikańskiego Instytutu Historycznego, ale kiedyś prowadził też Ojciec duszpasterstwo małżeństw niesakramentalnych. Lepiej powiedzmy: związków niesakramentalnych, obecnie w Polsce używa się właśnie takiego określenia. Tak, to prawda, a zaczęło się zupełnie niepozornie.

o. Józef Puciłowski: W latach 80. ówczesny prowincjał postanowił posłać dominikanów do Szczecina, by i tam rozpoczęli działalność duszpasterską. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, nie mieliśmy gdzie mieszkać - nie było tam jeszcze klasztoru ani niczego na kształt plebani. Dzięki uprzejmości bardzo miłych i dobrych ludzi, Marii i Roberta Waliszewskich, mogliśmy zamieszkać w ich czterech pokojach, podczas gdy oni sami przebywali gdzieś wAfryce Południowej. Żyliśmy tak chyba z pięć lat. Do czasu, kiedy nasi gospodarze wrócili, udało nam się coś wybudować. To właśnie przez Marię i Roberta, którzy – uwaga, proszę się nie gorszyć - żyli bez ślubu kościelnego, zaczęła się moja „przygoda" z duszpasterstwem związków niesakramentalnych. Państwu Waliszewskim bardzo zależało na Panu Bogu i walczyli o to, żeby zorganizować pomoc dla rodzin znajdujących się w podobnej do nich sytuacji. Byli animatorami pierwszych spotkań, zapraszali ludzi, dbali o oprawę liturgii. Mieliśmy też spotkania wyjazdowe, a nawet rekolekcje u zaprzyjaźnionych szczecińskich sióstr karmelitanek. Takie były początki.

W tej chwili nie zajmuję się już taką formą duszpasterstwa, ale jestem czasem proszony o głoszenie rekolekcji dla takich osób. Organizowałem je kiedyś z ks. jezuitą Mirosławem Paciuszkiewiczem i ks. pallotynem Janem Pałygą - duszpasterzami par niesakramentalnych. Jest spore zapotrzebowanie na takie spotkania. Pamiętam, jak na pewnych rekolekcjach - było na nich chyba z 80 par - podczas modlitwy wiernych ktoś podał intencję, która zabrzmiała nieco dwuznacznie: „Oby nas było jeszcze więcej". Rozumiem, o co chodziło... Dobrze, żeby takie osoby przychodziły do kościoła, ale żeby ich było więcej, to może lepiej nie!

Niektórzy w ogóle nie chcą przyjąć do wiadomości, że ludzie żyjący w związkach niesakramentalnych wciąż są w Kościele. Zawarcie powtórnego ślubu cywilnego nie wiąże się przecież z ekskomuniką.

Oczywiście, że nie. Osoby te są jednak w specyficznej sytuacji - są suspendowane. Człowiek suspendowany - czyli „zawieszony" w określonych czynnościach - jest dalej w Kościele, nie może jednak korzystać z pewnych sakramentów, w tym wypadku ze spowiedzi (nie dostanie rozgrzeszenia) i w konsekwencji z Komunii św.

Wydaje mi się - choć nie jestem pewien - że negatywny stosunek do związków niesakramentalnych jest charakterystyczny dla pewnej grupy księży. Doświadczyłem tego zaraz po święceniach. Posłano mnie do Gdańska i tam też po raz pierwszy chodziłem po kolędzie. Przed pójściem do ludzi otrzymaliśmy kartki, które podczas odwiedzin ksiądz powinien wypełnić. Na niektórych było napisane: „Nie wchodzić! Wiaruśnicy!". Nie bardzo wiedziałem, co to znaczy. Okazało się, że w kościelnym slangu „wiaruśnicy" to ludzie żyjący „na wiarę", czyli bez ślubu kościelnego. Sugerowano nam, by te mieszkania omijać. Państwo w tej Redakcji trochę mnie znacie, więc domyślacie się, że zrobiłem zupełnie inaczej. Chyba trochę przedobrzyłem, bo syn jednej z par, które wtedy odwiedziłem, został potem księdzem.

W małych miejscowościach czy na wsiach parom niesakramentalnym trudniej jest żyć niż w dużych miastach, w których łatwiej o anonimowość. Podejście ludzi jednak się zmienia. Dzisiaj w każdej diecezji jest ośrodek, który zajmuje się związkami niesakramentalnymi. Za moich młodych lat było trudniej. Zdarzało się, że w niektórych miejscowościach na pytanie naszych ojców, czy można by stworzyć taką wspólnotę, biskupi odpowiadali, że nie widzą potrzeby, bo w ich diecezjach takich problemów nie ma. Podejrzewam, że byli nieświadomi problemu.

Czy został wydany jakiś nakaz, np. Episkopatu, aby tworzyć takie duszpasterstwa, czy jest to raczej inicjatywa ludzi świeckich?

Nigdy nie słyszałem o odgórnym zaleceniu, wiem natomiast, że są diecezje, w których problem ten został potraktowany z należytą uwagą. Np. w Archidiecezji Szczecińskiej, wtedy kiedy tam mieszkałem, Kuria była bardzo życzliwa. Gdy pisałem zaproszenia na tego typu spotkania, ksiądz kanclerz bardzo chętnie je podpisywał i rozsyłaliśmy je do parafii. Księża na ogół czytali je podczas ogłoszeń parafialnych. Dochodziły mnie jednak słuchy, że niektórzy proboszczowie je bojkotowali. Byli zdania, że jeżeli ktoś żyje bez ślubu kościelnego, to „won z Kościoła!"

Jestem przekonany, że w regionach takich jak Archidiecezja Szczecińska, gdzie - o ile wiem - jest 25% communicantes (przyjmujących Komunię podczas niedzielnej Mszy), wrażliwość jest inna niż w regionach o silnych tradycjach katolickich, gdzie wszyscy są przekonani, że „rozwodników" nie ma.

Niektórzy próbują argumentować, że przez zakładanie duszpasterstw związków niesakramentalnych Kościół pośrednio daje przyzwolenie na taki sposób życia.

Przecież my nie mówimy, że związki niesakramentalne są dobre - one są złe. Pan Jezus przyszedł jednak, żeby leczyć zło. Tym ludziom trzeba pomóc zrozumieć ich sytuację i ułatwiać im wychowanie dzieci po katolicku. Łatwo jest potępić widoczny grzech, ale może trzeba najpierw przypatrzyć się naszym grzechom niewidocznym, a dopiero potem oceniać innych.

Miejscem grzesznika jest Kościół. Trzeba robić wszystko, żeby ludzie ci czuli się jego częścią, mimo że są pozbawieni dostępu do niektórych sakramentów. Już nie mówię o tym, że każdy przypadek jest inny, a wszystkie są bardzo bolesne. Potrzeba dużej delikatności. Jeśli ksiądz nie grzeszy mądrością, może jeszcze przysporzyć cierpienia. Nie wolno wyrokować zbyt łatwo, bez wniknięcia w konkretną sytuację.

Prawdą jest jednak, że niełatwo zmienić ludzką mentalność. Kiedy o. Roman Dudak, kapucyn, kilkadziesiąt lat temu zaczął prowadzić w Gdańsku rekolekcje dla par niesakramentalnych, biskup pewnej diecezji, do której został zaproszony przez braci kapucynów, wezwał go do siebie, kazał wyrecytować „Wierzę w Boga Ojca" i wyrzucił za drzwi. Przełożeni zakonni poparli go jednak i zachęcali nadal do prowadzenia rekolekcji. Takie były początki.

 

Trochę się chyba zmieniło od tego czasu?

Do zmiany podejścia do związków niesakramentalnych przyczynił się bardzo Jan Paweł II, ogłaszając w 1981 r. adhortację Familiaris consortio. Poniekąd z doświadczenia wiedział, że to bardzo ważny problem Kościoła. Przecież wielu z tych, którzy do niego przychodzili, żyło właśnie w takich związkach. Czytałem niedawno wywiad ze Stefanem Mellerem, który opowiadał, że papież podarował mu w czasie audiencji różaniec i powiedział: „dla tej najbliższej panu osoby". A to na pewno nie była żona Mellera, bo przecież był rozwodnikiem. Wspomina, że bardzo się wtedy wzruszył: „Myślałem, że spadnę z krzesła".

Pamiętam też pewne zdarzenie z moich duszpasterskich czasów. Spotkania dla niesakramentalnych, które organizowałem, rozpoczynały się od rozmowy na jakiś konkretny temat. Następnie odprawiałem Mszę św., w czasie której nie przystępowałem do Komunii od razu, tylko klękałem lub siadałem z boku, a wszyscy adorowali Najświętszy Sakrament. Po pewnym czasie spożywałem Komunię, a po mnie jedna z par, która mogła, ponieważ żyła w czystości. Innych prosiłem, aby przyjmowali Komunię duchowo, tak jak zachęcał papież. Na jednej z takich Mszy był obecny pewien młody ksiądz. Po Mszy podszedł do mnie i powiedział: „Jakim prawem zachęca ksiądz do przyjmowania Komunii św. duchowej?". Odpowiedziałem mu: „Ani ja, ani ksiądz, ani nawet papież nie ma prawa zabronić nikomu przyjmowania Komunii św. duchowej, bo tylko Bóg wie, co siedzi w sercu człowieka". Powołałem się na Familiaris consortio. Odparł na to, że pisał pracę magisterską na ten temat i nie przypomina sobie niczego takiego. Mówię mu więc, że albo promotor był niemądry, albo on, i na tym skończyła się nasza rozmowa. Po jakimś czasie zadzwonił ów promotor z pretensjami, pytając mnie, jak mogłem coś takiego powiedzieć. Opowiedziałem mu więc całą historię, a on odłożył słuchawkę. Wiedział, że to ja miałem rację. A ów ksiądz na szczęście zmądrzał i teraz jest bardzo dobrym duszpasterzem.

Jeszcze raz powtarzam: nie twierdzę, że ci ludzie żyją dobrze. Ale od czego jesteśmy my, księża? Od tego, żeby pomóc ludziom utrzymać więź z Panem Bogiem.

Wróćmy jeszcze do duszpasterstwa, które Ojciec prowadził. Jacy ludzie przychodzili na spotkania?

Przeważnie mieli już za sobą jeden związek, ale żyli w drugim - cywilnym. Tacy, którzy mieli wcześniej ślub cywilny i nic nie stało na przeszkodzie, by teraz wzięli kościelny, raczej nie przychodzili. Ci ostatni często myślą o uregulowaniu swoich spraw, gdy na świat przychodzą dzieci, zwłaszcza kiedy chcą je ochrzcić. Tutaj, w Krakowie, często żenię ich i chrzczę ich dzieci w kaplicy akademickiej.

Niestety, ludzie żyjący w związkach niesakramentalnych często są obrażani... Zdarzyło się kiedyś, że ksiądz wyrzucił kilkunastoletniego chłopca z grupy ministranckiej tylko dlatego, że jego rodzice mieli wyłącznie ślub cywilny. Znam tego chłopca, jest teraz bardzo negatywnie nastawiony do owego księdza i trudno mu się dziwić. W końcu nakłoniłem jego rodziców, by wzięli ślub kościelny. Strasznie się namęczyłem, ale się udało!

Inny przypadek miałem we Wrocławiu. Na Mszy, którą odprawiałem, było chyba 300 osób, czyli ok. 150 par niesakramentalnych. Z przodu usiedli pan z panią, którzy od razu wydali mi się podejrzani. Ojciec Tomasz, mój współbrat, powiedział: „Uważaj, oni są z radia...". Kiedy zacząłem mówić do zgromadzonych, że Pan Bóg ich kocha, ci państwo patrzyli na mnie z oburzeniem. Po Mszy oświadczyli, że żyją w bliskości z Panem Bogiem i są świetnym małżeństwem. Do mnie zwrócili się z wyrzutem: „Jak ojciec może mówić, że Bóg ich kocha? Przecież to są grzesznicy!". Trzysta osób siedziało za ich plecami i słuchało tego, co mówili. Powiedziałem spokojnie: „Proszę Państwa, jest tyle kościołów, skoro Państwo źle się tutaj czują, to bardzo proszę wyjść i nie przeszkadzać".

Trudno poczuć się częścią Kościoła osobom, które spotykają się z taką wrogością...

Prawie nie spotkałem wśród żyjących w związkach niesakramentalnych człowieka, który nie miałby przykrych doświadczeń. Są obrażani głównie przy okazji kolędy albo załatwiania spraw związanych z chrztem dziecka. To takie urzędowe chamstwo.

Ludzka głupota nie zna granic! Rok temu ktoś przyprowadził do mnie swoją babcię. Mieszkała w podkrakowskiej wsi; kiedyś wyszła za mąż, ale miała tylko ślub cywilny. Teraz miała 80 lat, a jej mąż nie żył już od lat 30. Zdumiałem się bardzo, gdy usłyszałem, że miejscowy ksiądz przez cały czas od śmierci męża nie dawał jej rozgrzeszenia ani nie udzielał Komunii św., argumentując, że kiedyś żyła w niesakramentalnym związku. Skandal! Z tego można było zrobić aferę. Męża dawno pochowała, a na rozgrzeszenie czekałaby pewnie do śmierci. Skąd się bierze taka ignorancja? Może z niedouczenia, może z obawy przed zgorszeniem, ale to żaden argument.

Czy Ojciec namawiał kiedyś kogoś do powrotu do małżonka z poprzedniego związku albo do starania się o stwierdzenie nieważności tegoż związku?

Zazwyczaj starałem się pokazywać możliwości. Zapraszałem czasem specjalistę od prawa kanonicznego i mówiłem danej parze, że może trzeba się postarać o stwierdzenie nieważności pierwszego małżeństwa. O ile wiem, były przypadki takiego stwierdzenia, ale proces ten raczej trwa dość długo.

Informowałem też o możliwości mieszkania razem, ale bez współżycia. Owszem, zdarzały się wzruszające momenty, gdy niektórzy się na to decydowali. Namawiałem też wszystkich, by uczęszczali na niedzielną Mszę św., a jeśli byli obrażani w swoim parafialnym kościele, sugerowałem, by chodzili gdzie indziej. Zapraszałem na spotkania innych duszpasterzy, np. ks. Paciuszkiewicza czy ks. Pałygę, żeby widzieli, że są również inni księża, którym na nich zależy.

Wspomniał Ojciec, o możliwości życia bez seksu. Czy to nie są zbyt duże wymagania?

To oczywiście heroizm. Skoro jednak niektórym się udaje, to znaczy, że jest to możliwe.

Nakłaniał Ojciec do tego?

Mówiłem, że jest taka możliwość. Publicznie nakłaniać do niczego nie mogę. Podczas spowiedzi można, a nawet trzeba! Ale w zwykłej, pobieżnej rozmowie nie wypada mi w ten sposób ingerować w czyjeś sumienie.

A jeśli ktoś się zdecyduje na takie życie?

Taka para powinna pójść do swojego proboszcza i podczas spowiedzi albo poza nią powiedzieć, że ma takie postanowienie. Jeśli obiecają, że nie będą współżyli, mogą spokojnie otrzymać rozgrzeszenie i przystępować do Komunii św. Decyzja na życie w czystości jest kwestią sumienia. Ksiądz radzi wtedy zazwyczaj, by na Mszę chodzić do innego kościoła, żeby nie wprowadzać zamętu wśród wiernych.

Znam takich ludzi. Często kiedy się już zdecydują na takie życie, bardzo mocno trzymają się swoich postanowień. Kiedyś podczas rekolekcji we Wrocławiu wstał pewien pan i dał świadectwo, że żyją z żoną w taki sposób już od kilku lat i bardzo wiele im to daje. Wierzę, że mówił prawdę.

Teologia prawosławna dopuszcza drugie małżeństwo, dlaczego nasza nie?

Myślę, że Kościół katolicki jest po prostu konsekwentny. Pan Jezus powiedział: Co Bóg złączył na ziemi, człowiek niech nie rozdziela (Mk 10, 2). To jest nie tylko prawda ewangeliczna, ale też praktyka Kościoła zachodniego, dość obostrzona od czasów trydenckich. Warto wiedzieć, że nie zawsze wyglądało to tak jak teraz.

Skoro nie zawsze tak było, to może kiedyś Kościół dopuści rozwodników do sakramentów?

Myślę, że nie, ale to jest moje zdanie. Niektórzy księża, np. w Afryce czy w Irlandii, dopuszczają taką możliwość. Spotkałem też takiego, kiedy byłem wikariuszem generalnym dominikanów na Węgrzech. Sekretarz naszej Rady Wikariatu - który zresztą już nie jest w zakonie, ale jest dalej księdzem - dopuszczał do sakramentów pewne małżeństwo żyjące bez ślubu kościelnego. W sobotę przychodzili do spowiedzi, w niedzielę przystępowali do Komunii św., potem żyli sobie „spokojnie" i w sobotę znów przychodzili do spowiedzi. Mało nie spadłem z krzesła, gdy po ośmiu latach dowiedziałem się, że są parą niesakramentalną.

Nie sądzę, żeby Kościół zmienił nauczanie w tej kwestii. Dzięki Bogu od kilkuset lat trzyma się tradycji, owszem, rozwija nauczanie, ale w pewnych sprawach na pewno nie powinien ustępować, bo nie może!

o. dr Józef Puciłowski, dominikanin, historyk, były Wikariusz Generalny Dominikanów na Węgrzech, dyrektor Dominikańskiego Instytutu Historycznego.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Oni też są Kościołem
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.