Biskup Koadiutor dla Rzeszowa nie jest zwykłą nominacją – co za nią stoi?
Gdy papież wyznacza koadiutora biskupowi, któremu do emerytury pozostały jeszcze trzy lata, a stan zdrowia nie budzi zastrzeżeń, pojawiają się pytania o prawdziwe powody tej decyzji. Przypadek diecezji rzeszowskiej przypomina wcześniejsze sytuacje, w których nominacje personalne były związane z rozliczaniem kościelnych zaniedbań.
Stolica Apostolska poinformowała, że biskup Krzysztof Chudzio, dotychczasowy biskup pomocniczy archidiecezji przemyskiej, został koadiutorem diecezji rzeszowskiej. Jednozdaniowy komunikat z pozoru wygląda niewinnie. Ot po prostu papież Leon XIV wyznaczył hierarchę, który przejmie w Rzeszowie rządy po biskupie Janie Wątrobie. Takie sytuacje nie są przecież niczym nadzwyczajnym. Papież Franciszek co najmniej dwukrotnie wyznaczył koadiutorów w diecezjach, których biskupi nie mogli podołać z obowiązkami (Olsztyn, Koszalin-Kołobrzeg). Tyle tylko, że biskup Jan Wątroba ma 72 lata – do emerytury zostały mu trzy – cieszy się także dobrym zdrowiem. Wiele zatem wskazuje na to, że wyznaczenie mu koadiutora jest działaniem nadzwyczajnym.
Sytuacja do złudzenia przypomina tę, z którą kilka lat temu mieliśmy co czynienia w Katowicach. W 2020 r. ówczesny metropolita katowicki został oskarżony o zaniedbania przy wyjaśnianiu spraw dotyczących wykorzystywania seksualnego małoletnich. Dotyczyły one czasów, gdy pełnił urząd ordynariusza tarnowskiego. Wyjaśnienie sprawy zlecono wówczas metropolicie krakowskiemu, a ten w 2021 r. poinformował, że zakończył dochodzenie i jego wyniki przesłał do Watykanu. Abp Skworc poprosił wówczas o koadiutora, zrzekł się funkcji w KEP, a w liście do wiernych przeprosił za zaniedbania, zobowiązał się także do wspierania finansowego diecezji tarnowskiej w pomocy dla pokrzywdzonych. Prośba o koadiutora pozwoliła mu wyjść z całej sytuacji z twarzą – nie został zmuszony do rezygnacji, nie nałożono na niego żadnych kar w stylu zakaz publicznego udziału w uroczystościach o charakterze publicznym.
Leon XIV mianował bpa Krzysztofa Chudzio koadiutorem diecezji rzeszowskiej. https://t.co/LvJJFTsbl3@KosciolWschod @EpiskopatNews pic.twitter.com/Wyp1nqgtnI
— Vatican News PL (@VaticanNewsPL) June 24, 2026
Gdzie dostrzegam tu podobieństwa? Otóż od 2021 r. Watykan prowadził podobne postępowanie właśnie w odniesieniu do biskupa Jana Wątroby. W ub. roku przyznał to osobiście w rozmowie ze mną, zastrzegając jednak, że żadnych informacji o ewentualnym rozstrzygnięciu nie otrzymał. Sprawa dotyczyła braku jakichkolwiek działań w odniesieniu do jednego z księży, który przez wiele lat krzywdził pewną kobietę. Jej gehenna zaczęła się, gdy miała 12 lat, skończyła jakieś dziesięć lat później. Biskup został o tym poinformowany w 2013 r. – kilka miesięcy po tym jak objął diecezję rzeszowską. I nic nie zrobił. Upór poszkodowanej kobiety oraz kilku osób, które ją wspierały doprowadził do tego, że w 2024 r. sprawca w końcu został ukarany. Ale dokumenty sprawy trafiły do Watykanu dopiero po kilku miesiącach, po tym jak sam Watykan się o nie upomniał. Wytknął potem biskupowi, że sprawca w zasadzie powinien zostać wydalony z kapłaństwa, ale skoro tego nie zrobiono, to biskup powinien objąć go nadzorem i kontrolować, czy przestrzega nałożonych na niego zakazów. Nie przestrzegał.
Zatem wyznaczenie koadiutora może być w tym wypadku pokłosiem tej sprawy, którą nomen omen wciąż zajmuje się państwowa prokuratura.
Ukaranie biskupa za zaniedbania ustanowił w 2016 r. papież Franciszek. Jednak dopiero w 2019 r. wydał stosowne normy (list apostolski „Vos estis lux mundi”). Od tamtego czasu w odniesieniu do polskich biskupów Watykan prowadził co najmniej 20 postępowań – większość z nich zakończyła się jakąś karą dla hierarchy. Swego czasu odważyłem się nawet stwierdzić, że Polska stała się dla Watykanu poligonem doświadczalnym. Niestety, okazało się, że nowe przepisy się sprawdzają.
W całej tej sytuacji warto jednak zauważyć jedną rzecz. W 2018 r. na specjalnym watykańskim szczycie na temat pedofilii wiele razy mówiono o odpowiedzialności biskupów oraz transparentności działań. Gdy w 2019 r. na biskupów winnych zaniedbań zaczęto nakładać sankcje informowano o nich opinię publiczną. W pewnym momencie przestano. Dostajemy suchy, lakoniczny komunikat. Co najwyżej uzupełniony wyjaśnieniem, gdy upomną się o niego media. To oznacza, że „kultura sekretu”, z którą Kościół miał raz na zawsze zerwać powraca. Powraca ze szkodą dla niego. Bo lepsza najgorsza prawda aniżeli jej ukrywanie. Czy hierarchia kiedyś to zrozumie?
.webp)
.webp)
Skomentuj artykuł