Ten sam mechanizm widać w teledyskach i zachowaniach scenicznych. Półnagie, "wyluzowane" kobiety, pozbawione podmiotowości, charakteru, historii. Wymienne ciała jako dekoracja dla męskiego ego. Gesty, aluzje, prowokacje, które nie prowadzą do żadnej refleksji, żadnego pytania, żadnego napięcia poza tym najbardziej prymitywnym. To nie jest artystyczna transgresja, to nie jest gra z konwencją, to nawet nie jest bunt. To jest świadome obniżanie poprzeczki, bo im niżej, tym większy zasięg.
I właśnie w tym miejscu do narracji wchodzi wiara. Krzyżyk przed wyjściem na scenę. Zdjęcie z kościoła. Cytat o Jezusie. Kilka dobrze dobranych słów w wywiadzie. I nagle cały ten świat wulgarności, seksualnej dosłowności i estetycznej bylejakości zostaje przykryty czymś w rodzaju moralnej kołdry bezpieczeństwa. Jakby sama deklaracja wiary miała moc unieważniania wszystkiego, co dzieje się obok. Jakby znak krzyża był w stanie zneutralizować język, obraz i przekaz.
Trzeba to powiedzieć bardzo jasno, żeby nie było nieporozumień: to nie jest tekst o tym, czy ktoś wierzy, czy nie wierzy. To nie jest sąd nad czyjąkolwiek relacją z Bogiem. Nikt nie ma do tego prawa. Wiara jest sprawą sumienia i nikt nie powinien jej weryfikować na podstawie nagłówków czy fragmentów wywiadów. Co więcej – dobrze, że artysta z takiej sceny jak disco polo przyznaje się do wiary. Dobrze, że mówi o Jezusie w świecie popkultury, który częściej z religii kpi, niż ją traktuje poważnie.
Ale czym innym jest przyznawanie się do wiary, a czym innym robienie z kogoś wzoru katolika.
Bo dokładnie to dzieje się dziś w tej narracji. Skolim nie funkcjonuje już tylko jako artysta, który wierzy. Coraz częściej funkcjonuje jako przykład. Jako dowód na to, że "można być normalnym, popularnym i wierzącym". I właśnie tu zaczyna się realny problem etyczny i kulturowy.
Bo ten przekaz mówi coś bardzo konkretnego: czyny nie muszą mieć żadnego związku z deklarowaną wiarą. Można publicznie produkować treści uprzedmiotawiające, wulgarne, sprzeczne z podstawową chrześcijańską wizją godności człowieka, a jednocześnie być wychwalanym jako "przykład wiary", gdy religijna deklaracja zaczyna funkcjonować jako wystarczające usprawiedliwienie. Wystarczy mówić. Wystarczy się przyznać. Wystarczy kilka symboli. Reszta staje się drugorzędna.
To szczególnie niebezpieczne w kontekście gatunku disco polo, który w ogromnej mierze trafia do środowisk tradycyjnych, często wiejskich, często religijnych. Tam deklaracja "jestem wierzący" działa jak kod zaufania. Jak sygnał: "jestem swój". I dokładnie dlatego tak łatwo zamienia się w narzędzie marketingowe. Nie w świadectwo, ale w alibi. Nie w wymaganie wobec siebie, ale w ochronę przed pytaniami.
Do tego dochodzi jeszcze wymiar życia prywatnego, o którym mówi się niechętnie, bo "to przecież sprawa osobista". Tyle że w momencie, gdy ktoś sam buduje publiczny wizerunek oparty na wartościach, przestaje mieć komfort pełnej selektywności.
I tu trzeba postawić granicę: nie chodzi o to, by kogokolwiek potępiać. Chodzi o to, by nie robić z ludzi pomników tylko dlatego, że dobrze brzmią w nagłówkach. Bo w ten sposób wychowuje się całe pokolenie w przekonaniu, że wiara nie wymaga konsekwencji. Że można mówić o Jezusie i jednocześnie promować świat oparty na konsumpcji, seksualizacji i egoizmie, bez żadnego dysonansu. Że religia to etykieta, a nie droga. Hasło, a nie zobowiązanie. Że wiarę można sobie dostosowywać do własnych upodobań.
Chrześcijaństwo nigdy nie było religią samych deklaracji. Zawsze było religią czynu. Spójności. Odpowiedzialności za słowo, obraz i relację z drugim człowiekiem. Jeśli dziś zaczniemy masowo akceptować narrację, w której wiara jest wygodna, niesprawdzalna i całkowicie oderwana od życia, to nie bronimy wiary – my ją ba na li zu je my.
I właśnie dlatego ten przypadek jest naprawdę niepokojący. Nie dlatego, że ktoś głośno mówi o Jezusie. Ale dlatego, że coraz częściej uznajemy, iż to wystarczy. Że nie pytamy już, co ta wiara robi z językiem, z obrazem, z odpowiedzialnością. Że bez oporu przyjmujemy wizję chrześcijaństwa, które nic nie kosztuje i niczego nie wymaga.
A wiara, która nie wymaga niczego, bardzo szybko przestaje znaczyć cokolwiek.


Skomentuj artykuł