"Małżeńską sypialnię należy poświęcić, zrobię to z zamkniętymi oczami"
Ksiądz przemykając z kropidłem między kartonami, szedł w stronę pokoju, w którym szybko wrzuciliśmy cały bałagan i zamknęliśmy drzwi z ulgą, że nikt go nie zobaczy. Na nasze przerażone "nie wchodź tam!", ksiądz odpowiedział z uśmiechem "małżeńską sypialnię należy poświęcić, zrobię to z zamkniętymi oczami".
Gdy zaczynam scrollować Facebook, widzę w przeciągu paru minut co najmniej kilka artykułów na temat wizyty duszpasterskiej, czyli tzw. kolędy. Zaczęłam je przeglądać uważniej, żeby wyczuć ich ton i zobaczyć jakich tematów dotykają. Niestety ani jeden nie opisał tego, co dla mnie samej w kolędzie jest najważniejsze.
Wiem, że moje spojrzenie to głos osoby wierzącej i zaangażowanej w życie Kościoła, a świeckie portale niekoniecznie o takich spojrzeniach mówią. Artykuły, z którymi się zetknęłam są najczęściej opisem tego ile pieniędzy należy włożyć do koperty, jakie niewygodne pytania można usłyszeć i dlaczego księża proszą by na czas wizyty zamknąć psa w osobnym pomieszczeniu. Wszystko w tonie oskarżającym, bez głębszej refleksji nad sensem spotkania kapłana z parafianami.
Wiem, że zdarzają się różne niemiłe sytuacje podczas kolęd, choć osobiście przyjmuję kapłanów z wizytą duszpasterską od lat, było u nas kilkunastu różnych księży i te wizyty zawsze kończyły się uśmiechem. Nikt nie czekał na pieniądze, raczej to ja biegłam z kopertą za księdzem, który sam jej ze stołu nie wziął, mimo że leżała przygotowana.
Nie wymagam głębokich, długich rozmów wiedząc, że na moim osiedlu ksiądz jednego dnia odwiedza wiele rodzin. Skupiam się raczej na tym, by przyjąć Boże błogosławieństwo i wspólnie pomodlić się z kapłanem, którego na co dzień widzę po drugiej stronie ołtarza.
Na kolędzie mam okazję pomodlić się inaczej. Nie tylko w bardziej kameralnym gronie, ale spokojniej, z większą swobodą i otwartością. Po to zapraszam do swojego domu kapłana. By błogosławił. By podzielić się z nim wiarą. By - jeśli wystarczy czasu - chwilę z nim porozmawiać, ale nie jak z urzędnikiem, ale z bratem. Wszak tworzymy przecież parafialną rodzinę.
Moje dzieci zaangażowane są we wspólnoty w naszej parafii, więc z automatu nie jestem tutaj anonimowa. Jeden z synów przygotowuje się do przyjęcia Pierwszej Komunii, więc często widuję naszych księży. Jednak zawsze te spotkania odbywają się w kościele. W miejscu, w którym spotykamy się w konkretnym celu. Kolęda daje szansę na inne poznanie swojego duszpasterza. Na zobaczenie go od bardziej ludzkiej, codziennej strony.
Dla mnie ma ona jednak przede wszystkim wymiar duchowy. To wyjątkowa okazja, bo mam możliwość zaprosić kapłana do własnego domu i poprosić go by pomodlił się o błogosławieństwo dla mojej rodziny. Mogę ucałować nasz rodzinny krzyż, który podaje mi kapłan - nie jako pusty gest, ale całując go mogę prosić Jezusa by pomógł mi dźwigać moją codzienność. Tę rodziną: w codzienności przy garach i niekończącej się stercie prania, gdy odrabiam z dziećmi lekcje, albo wiozę ich do lekarzy. Tę, która czasem wydaje się trudna i bez Boga, bo jest taka zwyczajna i pospolita. Wierzę, że Jezus chce do niej przyjść, do tej szarej monotonni i daje nam temu wyraz również na kolędzie.
Pisząc ten tekst, lekko uśmiecham się pod nosem, bo przypomina mi się pierwsza kolęda w obecnym miejscu zamieszkania. Przyszedł do nas ksiądz, mój znajomy z liceum. Mieszkaliśmy tutaj od kilku dni, nie spotkałam go wcześniej i zupełnie się go nie spodziewałam. Nasze mieszkanie było wielkim pobojowiskiem, jak to bywa kilka dni po przeprowadzce. Ksiądz przemykając z kropidłem między kartonami, szedł w stronę pokoju, w którym szybko wrzuciliśmy cały bałagan i zamknęliśmy drzwi z ulgą, że nikt go nie zobaczy. Na nasze przerażone "nie wchodź tam!", ksiądz odpowiedział z uśmiechem "małżeńską sypialnię należy poświęcić, zrobię to z zamkniętymi oczami". Ileż było przy tym śmiechu i zwyczajnej ludzkiej radości! Jednak to co wtedy usłyszałam, zostało we mnie do dziś. Warto poświęcić - czyli oddać Bogu - nie tylko małżeńską sypialnię, ale cały nasz dom.
Bóg chce do nas przyjść. Przez wizytę kapłana chce nam pokazać, że jest blisko, że pragnie być w każdej chwili naszego życia. Jezus chce wnieść swój pokój, ten, który tylko Bóg potrafi dać. Niech więc pozdrowienie kapłana, które słyszymy na wejściu - "pokój temu domowi" - będzie przez nas przyjęte świadomie i z wiarą. Pozwólmy Bogu się spotkać. Wtedy ta wizyta ma sens.


Skomentuj artykuł