Farbowane lisy, czyli nacjonaliści przebrani za chrześcijan
Na przestrzeni wieków chrześcijaństwo miało różnych wrogów i ma też dzisiaj wielu zdeklarowanych przeciwników. Największym jednak wrogiem Ewangelii byli zawsze ci, którzy podszywając się pod chrześcijan, szerzyli nienawiść i traktowali religię jako narzędzie do osiągnięcia i utrzymania władzy – farbowane lisy.
Nie brakowało ich w historii Kościoła. Wystarczy wspomnieć mroczne karty średniowiecznych krucjat, gdy pod znakiem krzyża dokonywano rzezi niewinnych, czy czasy inkwizycji, gdy płonące stosy miały rzekomo służyć chwale Bożej, a w rzeczywistości umacniały ziemskie wpływy.
Zanim Hitler doszedł do władzy, niemiecki Episkopat potępił nazizm i zakazał katolikom wstępowania do NSDAP, a wiernym, którzy otwarcie popierali narodowy socjalizm i nosili mundury partyjne, odmawiano sakramentów. Nie trwało to jednak długo. Kościół stracił czujność i dał się oszukać. Watykan, reprezentowany przez kardynała Eugenio Pacellego (późniejszego Piusa XII), podpisał z III Rzeszą traktat, na mocy którego niemieccy biskupi zostali zobowiązani do składania przysięgi lojalności wobec rządu Rzeszy. Kościołowi zabrakło odwagi. Dopiero po 75 latach niemieccy biskupi przyznali: „Nasi poprzednicy stali się współwinni zbrodniom Hitlera”.
To wykoślawione chrześcijaństwo coraz bardziej dochodzi do głosu również dzisiaj za przyczyną wypowiedzi polityków z ugrupowań określanych jako skrajna prawica: „Imigranci to chwasty, które trzeba z polskiej ziemi powyrywać. Nie chcemy Żydów ani muzułmanów. Deportować Ukraińców. Polska dla Polaków!”
Przed dziesięciu laty po Mszy św. w białostockiej katedrze skandowano: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę! A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści!” Nie mówiąc już o zeszłorocznej wypowiedzi pana Brauna, że „Auschwitz z komorami gazowymi to fake”. Wtórują im publicyści z pseudokatolickich portali.
Zdarza się, że takim deklaracjom towarzyszą wezwania „Szczęść Boże” i „Niech Żyje Chrystus Król”. To obraża nie tylko uczucia religijne świadomego katolika, ale wzbudza w nim strach przed powrotem faszyzmu. Jeśli powróci, to jak zachowają się nasi biskupi? Czy księża będą nadal udzielali sakramentów zwolennikom nieludzkiej ideologii?
Kościół katolicki w Polsce wielokrotnie wypowiadał się oficjalnie w sprawie niektórych wypowiedzi oraz działań polityków skrajnej prawicy. Zdecydowanie odciął się od nacjonalistycznych haseł. Nikogo jednak ze wspólnoty Kościoła nie wykluczył. Dlaczego teraz o tym piszę? Bo właśnie teraz, gdy największa partia opozycyjna przeżywa poważne trudności, partie skrajnie prawicowe zyskują wśród katolików nowych zwolenników. Sondaż z początku sierpnia daje tym partiom prawie 25% poparcia. To niepokoi i stawia pytanie o jakość formacji wiernych w Kościele katolickim, o jakość nauczania religii w szkołach. Ponad połowa wyborców zdecydowanych głosować na skrajną prawicę uważa się za kulturowych katolików, a jedna trzecia z nich przyznaje, że chodzi regularnie na niedzielną Eucharystię.
Czym różni się od chrześcijaństwa promowana przez tych polityków religia? Tak religia, bo trudno nazwać świeckim programem politycznym to, co proponują.
Ewangelicznej miłości do drugiego człowieka, a w szczególności miłości do nieprzyjaciół, przeciwstawiają walkę z wrogami ojczyzny, których dopatrują się w każdym, kto nie myśli tak, jak oni. Tropią spiski, odmawiają praw kobietom, mniejszościom żyjącym w Polsce i obcokrajowcom. Podsycają lęk przed obcymi. Ten, kto się z nimi nie zgadza, ryzykuje przypięcie etykiety komunisty, syjonisty albo masona.
Odmawiają osobom o innej orientacji seksualnej godności i szacunku, promują antysemityzm i ksenofobię. Źródłem prawdy nie jest dla nich Pismo Święte i nauka Kościoła, lecz jednolita tradycja narodowa, której Kościół powinien być podporządkowany. Nie mają na celu przemiany ludzkich serc, lecz budowanie państwa, w którym dzięki jednej religii będzie można wszystko trzymać pod kontrolą. Zamiast szerzenia pokoju i dążenia do dialogu wybierają drogę agresji i wzbudzania lęku.
Prawdziwe chrześcijaństwo poznaje się po owocach, nie po hasłach na sztandarach. Ktokolwiek używa imienia Boga, by siać nienawiść, gardzić drugim człowiekiem czy negować cierpienie uchodźców, dopuszcza się świętokradztwa. Zamienia krzyż Chrystusa w sztachetę wyrwaną z płotu. Nie dajmy się nabrać tym współczesnym faryzeuszom, którzy z zawołaniem „Szczęść Boże” na ustach chcą zbudować polityczny kapitał na strachu i ksenofobii.
Jeśli pozwolimy farbowanym lisom pisać naszą teologię i budować naszą przyszłość, obudzimy się w świecie, w którym z Ewangelii nie zostanie nic oprócz jej karykatury. Zachowajmy czujność, by nienawiść nie zatruła naszych serc.


Skomentuj artykuł