Czy ktokolwiek jest gotowy do bierzmowania? Wątpię, ale to nie problem

Czy ktokolwiek jest gotowy do bierzmowania? Wątpię, ale to nie problem
Fot. Depositphotos.com

Prowadzę w tym roku małą grupę bierzmowanych. Spodziewałam się zdystansowanych piętnastolatków, pogonionych przez rodziców do uzyskania kościelnego papierka, dostałam cudowne dzieciaki, otwarte i najwyraźniej wierzące. Bierzmowanie jutro, a ja chodzę z jedną myślą: czy oni naprawdę są do niego przygotowani?

Czy da się przygotować drugiego człowieka na spotkanie z Bogiem? Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem pewna, że nie. Że to niemożliwe. To spotkanie jest tajemnicą; można dać narzędzia, podzielić się doświadczeniem, nauczyć modlitwy, przekazać wiedzę, ale "przygotować" w sposób doskonały się nie da, bo żeby to zrobić, musiałabym znać plany, jakie Duch ma wobec tych dzieciaków. Wiedzieć, czym je zaskoczy, jak da się rozpoznać, w jaki sposób pozwoli im doświadczyć swojej obecności. I czy one Go przyjmą z otwartością, czy będą wolały pozostać na dystans. 

Wczoraj, w piątek przed bierzmowaniem, odbyła się celebracja. Msza była długa, kazanie też, poza scholą mało kto śpiewał, obok nastoletnich dzieciaków siedzieli ich rodzice - nie ma chyba lepszych warunków, żeby stworzyć sztywną i pełną dystansu atmosferę. A jednak, patrząc na wzruszenie rodziców, którzy przyszli, by swoim dzieciakom założyć na szyję krzyż i przekazać odpowiedzialność za wiarę, byłam przekonana, że Bóg bardzo łagodnie i delikatnie dotyka ich serc. Coś cicho mówi. Przywołuje jakieś ważne obrazy. Przypomina rzeczy, które teraz powinny być przypomniane, i zachęca do spotkania. 

Kościół się wydarza w takich miejscach. Kościół, czyli nie instytucja, a relacja Boga i ludzi. Kościół się wydarza po cichu i tam, gdzie się tego czasem nie spodziewamy. A zwłaszcza tam, gdzie oceniamy, że na pewno nie, że z tego nic nie będzie, że ci ludzie odeszli i zamknęli się w sobie, że są tu tylko z konieczności. 

DEON.PL POLECA

Apostołowie, najbliżsi Jezusa, którzy z Nim przez trzy lata chodzili, jedli, pili i oglądali Jego cuda, mieli taki moment w życiu, że ze strachu zamknęli się w Wieczerniku, zamiast głosić Zmartwychwstanie. Dopiero po tamtym pierwszym bierzmowaniu odkryli w sobie odwagę, by iść i głosić Jezusa. Wcześniej nie dali rady. Uciekli. Piotr się zaparł, reszta się po śmierci Mistrza rozpierzchła, a w jednym miejscu zgromadził ich strach, że za chwilę to oni zostaną wyłapani, osądzeni i straceni. 

Duch przyszedł i zmienił wszystko, choć po tych wystraszonych chłopach zamkniętych w domu nikt rozsądny by się zbyt wiele nie spodziewał. Czy byli przygotowani na Zesłanie? Sądząc z wszystkich głupich pytań, które wcześniej zadawali, i z ich strasznie słabych działań w momencie próby - nie byli. Bardzo nie byli. Przynajmniej po ludzku. Jezusowi to nie przeszkadzało, a Duch Święty zrobił swoje i to zaczęte wtedy dzieło ma już dwa tysiące lat, a kolejny następca tamtej Dwunastki jutro wybierzmuje "moje" dzieciaki. Tak samo gotowe i tak samo niegotowe, jak Apostołowie zamknięci w tamtym domu, u początku nowej ery. 

Dla tegorocznych bierzmowanych nowa era właśnie się zaczyna, a dokąd ich zaprowadzi Duch - to wie tylko On. I tylko On zna ich prawdziwą gotowość,  i tylko On wie, jak teraz chce tych piętnastolatków włączyć w Kościół, wielką wspólnotę ludzi, którzy odkryli, że życie z Bogiem jest dobre, radosne, prowadzi do szczęścia mimo wszystkich trudności, które na pewno nastąpią.  

Dlatego właśnie żal mi ludzi, dla których Kościół to nie wspólnota spotykająca się z Bogiem, ale "tylko księża". Takich ludzi, którzy są ochrzczeni, pewnie nawet bierzmowani, ale kompletnie zamknęli się na głos Ducha w swoich sercach i wybierają złość. Rzucają lekko ciężkie oskarżenia, bez cienia dowodów, bez pokrycia, najwyraźniej tylko po to, żeby sobie ulżyć albo komuś dokopać. Pisałam ostatnio o niewiarygodnej fali hejtu, która się przetoczyła przez internet po liście, który opublikował na Facebooku dotknięty niesprawiedliwymi oskarżeniami neoprezbiter tuż po święceniach. Ten hejt pokazał jasno, że jest w społeczeństwie wizja Kościoła jako skompromitowanej instytucji, "czarnej mafii", bandy idiotów wierzących w Boga, którego nie ma, wizja skrupulatnie podtrzymywana przez część mediów.  

A mimo to odbywa się bierzmowanie.
Mimo to są w Polsce dzieciaki, dla których wartością jest modlitwa, wiara. To nie znaczy, że ona przychodzi im łatwo i że są w tym doskonałe: to znaczy, że nie opierają się na stereotypach i nie boją się szukać. Nie boją się pytać. Nie boją się do tego bierzmowania iść, choć są w mniejszości, a bycie wierzącym nie jest ani trochę tym, co ułatwia im życie wśród rówieśników.

Żal mi ludzi, dla których Kościół to tylko źli księża, bo omija ich to, co w Kościele jest najlepsze. Można to najlepsze zobaczyć, gdy się odważy do Kościoła zajrzeć własnymi oczami, nie oczami kamery. Odważy - bo do tego trzeba odwagi, trzeba się skonfrontować ze sobą i swoim brudem, czasem dostać porządną lekcję pokory, przyznać, że się myliło, przeprosić za ciężkie słowa pod adresem niewinnych. To wymagające. Mało kto się odważa. Łatwiej żyć w swojej bańce. Trudniej przyjść na bierzmowanie i zobaczyć pełen kościół dzieciaków, które z odwagą przyszły sprawdzić, czy coś tu dla nich naprawdę jest.  

Czy są przygotowane? Nie wiem. Zrobiłam wszystko, żeby były, nie robiąc ze spotkań kolejnych lekcji religii, ale siedząc z nimi na pufach, jedząc ciastka i zadając pytania, których nie było w konspektach i których najwyraźniej zbyt często nie słyszą. Czasem odpowiadali. Czasem nie. Na indywidualnych rozmowach z księdzem, odbywanych tuż przed bierzmowaniem, niemal wszyscy uczestnicy wszystkich tegorocznych grup mówili o tym, że te grupy, te spotkania z animatorami to było dla nich coś ważnego. I tak możemy ich przygotować: zaprosić ich na chwilę do swojego życia, opowiedzieć, jak wygląda nasza przyjaźń z Bogiem. Zainspirować, by szukali po swojemu, w tym samym Kościele. 

Bo Kościół się wydarza i będzie się wydarzał. Duch nie przestanie wiać, gdzie tylko chce, a ziarna wiary nie przestaną kiełkować w miejscach, w których nikt by się ich nie spodziewał. Ludzkie serca są tajemnicą. W niedzielnym tłumie pozornie znudzonych przydługim kazaniem parafian są ukryci potężni duchowi wojownicy, wielcy mistycy, współcześni uczeni w Piśmie. Są codzienni męczennicy ofiarujący swoje cierpienie, radośni prorocy, głoszący komuś nadzieję w zwykłym smsie. Są mędrcy, nauczyciele Słowa patrzący na świat bardziej bożym, niż ludzkim spojrzeniem. Z boku widać tylko "różańcowe babcie", przysypiających czasem dziadków, znudzoną młodzież, rozproszone matki z rozbieganymi dziećmi i słychać mamroczących pod nosem facetów zza filara i tę panią, która zawsze śpiewa za głośno.

By zobaczyć Kościół, w którym Bóg po prostu spotyka się z człowiekiem na takich warunkach, jakie On sam wymyślił, trzeba popatrzeć trochę głębiej, niż po wierzchu. Trochę porozmawiać, trochę posłuchać, trochę się otworzyć na Ducha. A wtedy On pokaże nam całą resztę.

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Poza pisaniem ogarnia innym ludziom ich teksty i książki. Na swoim Instagramie organizuje warsztatowe zabawy dla piszących. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem. Jest żoną i matką. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając dobrych historii. W Wydawnictwie WAM opublikowała podlaski kryminał z podtekstem - "Ciało i krew"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Mark E. Thibodeaux SJ

Czy kontemplacja polega na oderwaniu się od rzeczywistości, a może jest zanurzona w świecie?
Czy modlitwa mnicha jest lepsza od tej, którą kieruje do Boga student przed egzaminem?
Czy domowy fotel ma takie...

Skomentuj artykuł

Czy ktokolwiek jest gotowy do bierzmowania? Wątpię, ale to nie problem
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.