Dobija nas ilość treści, przestajemy umieć rozmawiać. A tuż obok są ludzie, którzy mogą nas tego uczyć  

Dobija nas ilość treści, przestajemy umieć rozmawiać. A tuż obok są ludzie, którzy mogą nas tego uczyć  
Fot Natalia Marcelewicz / Unsplash

Wiadomo, że teraz wszyscy jesteśmy przebodźcowani wiadomościami. Nie odpisujemy, nie potrafimy dłużej rozmawiać, wymieniamy krótkie zdania w komunikatorach. Tylko czy rzeczywiście dobrze jest uznać to za normalne?

Jako lider wspólnoty i człowiek koordynujący kilka różnych projektów około zawodowych dość dużo komunikuję się z ludźmi. Z racji mnogości zadań bardzo często staram się to robić w korespondencji e-mail. Niedawno zadałam pytanie siedmiu osobom z prośbą o sprawną, krótką odpowiedź ("tak", "nie", "nie wiem"). Kiedy nie otrzymałam żadnej reakcji w ciągu dwóch dni, ponowiłam wiadomość. Tę samą - bo pytanie było banalne i wymagało jedynie jasnej, krótkiej odpowiedzi. Wysłanie po raz drugi tej samej wiadomości przyniosło zamierzony skutek i koniec końców otrzymałam zwrotne informacje, których potrzebowałam. Wywołało to jednak we mnie parę refleksji dotyczących ... wiary.

DEON.PL POLECA



Spośród tych siedmiu osób tylko jedna rozpoczęła swojego mejla od słów: "Przepraszam. Kompletnie zapomniałam ci odpisać. Wiesz jak jest - ilość informacji w tym miesiącu nie do przerobienia". Reszta w żaden sposób nie odniosła się do zignorowania pierwszej wiadomości. Sama zresztą złapałam się na tym, że uznałam tę konieczność upomnienia się o odpowiedź za dość normalną rzecz. Przecież wiadomo, że teraz wszyscy jesteśmy przebodźcowani wiadomościami - pomyślałam. Zatrzymała mnie ta myśl. Rzeczywiście dobrze jest uznać to za normalne?

Liczą się krótkie komunikaty i szybkie załatwienie sprawy

"Dobrodziejstwo" internetu w kieszeniach naszych swetrów i spodni doprowadziło do tego, że nagminnie i bardzo często w sposób zupełnie nieuświadomiony prowadzimy wielokanałowe "rozmowy" online, gdzie nie ma miejsca na wyrazy uprzejmości, a liczą się tylko syntetyczne komunikaty i mentalne odhaczenie kolejnej sprawy w głowie. Zrozumienia tych dialogów wcale nie ułatwia emotikomania. Niepostrzeżenie nasze rozmowy stają się coraz bardziej chaotyczne, ubogie, płytkie i pobieżne. A my bezwiednie gramy w tę grę zwaną "komunikacją internetową", mimo iż realnie tak bardzo nas ona męczy i obciąża.

W kontaktach z ludźmi, jak świat światem, w temacie komunikacji oczywiście ciągle mamy jakieś problemy. Jednocześnie niebywałe tempo technologicznych zmian, jakie są naszym udziałem w ostatnich dwóch dekadach, do starych problemów z prowadzeniem dialogu między ludźmi, dorzuca nowe wyzwania i bariery. Nasze technologiczne przyzwyczajenia sukcesywnie osłabiają przecież rzeczywiste zdolności w porozumiewaniu się z bliźnim. To nie tylko problem z przyswajaniem i czytaniem ze zrozumieniem dłuższych form wypowiedzi, raportów, dokumentów i analiz, z którymi stykamy się w pracy czy odruchowo akceptując kolejny wielostronicowy regulamin lub formularz, którego po prostu nie chce nam się czytać. To także te mniej uświadomione, ale możliwe, że nawet bardziej bolesne problemy z codzienną komunikacją z drugim człowiekiem - z szefem, współpracownikiem, znajomymi, dziećmi. Wysławiamy się coraz gorzej, coraz mniej zrozumiale i w coraz bardziej wybiórczy sposób przyswajamy to, co słyszymy, nie wspominając już o tym, jak dewastujący wpływ na naszą kulturę wysławiania się ma uczenie się na podstawie wzorców medialnych. Czy nie jest też przypadkiem tak, że te same szablony komunikacyjne wpływają na stan naszego ducha, a przez to i na życie, które wiedziemy tu i teraz?

Nie umiemy rozmawiać, a to ma wpływ na naszą duchowość

Bo gdyby tak zastanowić się, czy te schematy nie mają swojego odbicia w naszej duchowości, to być może zauważylibyśmy, że rozjazd między pięknem życia dobrą nowiną a realiami ma swój fundament w tym, w jaki sposób realnie rozmawiamy z Panem Bogiem. Czy prowadzimy z Nim dialog? Jeśli tak, to jaki? Rozmawiamy jak dziecko (maluch? Nastolatek? Dorosły syn/córka?)? Jakiego słownictwa używamy? Czy potrafimy Mu opowiedzieć siebie czy sporadycznie, lakonicznie i zdawkowo dajemy znać, że żyjemy? A czy dajemy Mu się w ogóle wypowiedzieć? Słuchamy Jego pytań? Słuchamy do końca tego, co chce nam powiedzieć? Czy może nagminnie i ze zniecierpliwieniem przerywamy albo wypełniamy niezręczną dla nas ciszę jakimś pustosłowiem?

My, chrześcijanie, jesteśmy ludźmi Słowa i nieustającego dialogu (bo przecież o tym jest m.in. wiara w trzy Osoby Boskie). Wyzwania komunikacyjne powinny być zatem jeśli nie w centrum, to jednak pod lupą naszej nieustannej uwagi. Czy rzeczywiście tak jest? Czy w naszych wspólnotach rozmawiamy o tym, skąd się biorą dzisiejsze problemy w dialogu? Czy poddajemy (auto)refleksji, w jaki sposób one się przekładają np. na naszą osobistą praktykę spowiedzi, praktykę modlitwy, praktykę naszej komunikacji wewnątrz serca?

A gdyby Kościół zaczął uczyć... o komunikacji? 

Co by było, gdyby Kościół zaczął więcej uczyć o komunikacji? Tak, tak. Ja też, gdy tylko ta myśl stanęła w mojej głowie, natychmiast parsknęłam gorzkim śmiechem. Od razu przecież można zacząć sypać rękawami niezliczonymi przykładami, jak w ramach naszych kościelnych struktur: błądzimy, popełniamy karygodne błędy i stajemy się podręcznikowym wręcz antyprzykładem dialogu. Sięgając jednak do Ewangelii, do Pisma Świętego i fundamentalnych zasad naszej wiary, Kościół ma przecież dostęp do nieprzebranego skarbca mądrości i doświadczeń, które współczesnemu człowiekowi mogą bardzo wymiernie pomóc w prowadzeniu owocnej komunikacji.

Dla przykładu: z całą pewnością wciąż potrafimy w Kościele np. w uważność, której deficyty we współczesnej komunikacji są najbardziej widoczne. Mamy rzesze sióstr i braci w zakonach kontemplacyjnych, których doświadczenia są w tym zakresie bezcenne. Wielu z nas, przeciętnych chrześcijan, wie, jak walczyć z rozproszeniami, jak dbać o wewnętrzne skupienie, jak pielęgnować w sobie postawę zasłuchania. Nawet, jeśli wciąż nie jesteśmy w tym arcydobrzy, to jednak wytrwale i wiernie w tej szkole komunikacji praktykujemy. Modląc się, spowiadając, próbując budować relację z żywym Bogiem, uczymy się nieustająco, jak wyrażać to, co nosimy w sercu, a Pismo Święte pomaga nam ubierać w słowa wszelkie nasze doświadczenia. Wiara wspiera rozwój kompetencji komunikacyjnych na wielu płaszczyznach - i przez budowanie osobistej relacji z Panem Bogiem, i przez realia życia wspólnotowego, i wtedy, gdy ćwiczy nas w cnotach: umiarkowania, roztropności, pokory, szacunku wobec godności drugiego człowieka. Dzięki niej doceniamy wartość ciszy i wiemy, że bez wyciszenia samego siebie nie da się usłyszeć ani bliźniego, ani Pana Boga. Cała nasza liturgia jest przecież o dialogu - wyczulonym, uwrażliwionym na drugiego i o budowaniu owocnej komunikacji. Czy potrafimy to dostrzec i wykorzystać jako potencjał ewangelizacyjny?

Mistrz słuchania i dialogu jest gotowy nas uczyć cały czas

Mamy przecież w Kościele nieustający dostęp do Mistrza dialogu - żywego i obecnego Jezusa. Niedawno na adoracji pomyślałam, że właśnie On, Jezus, jak na klasycznego introwertyka przystało, jest najbardziej cierpliwym, skutecznym i genialnym nauczycielem... słuchania. Bo tak, jak On, to naprawdę nikt nie słucha! Podglądam Jego postawę, staram się ją naśladować i choć, oczywiście, ciągle w tych próbach upadam, to jednocześnie wyraźnie widzę, że to dzięki Niemu naprawdę jestem w stanie usłyszeć swojego męża czy dzieci. A chociaż Jezusowe odpowiedzi na moje pytania wydają się równie lapidarne, co odpowiedzi naszego nastolatka na pytanie: "Jak było w szkole?", to - kiedy się nad tym głębiej zastanowię - muszę przyznać, że to nigdy nie jest zdawkowe: "ok", tylko zawsze jakieś słowo, które mnie buduje i inspiruje. Dokładnie takie, jakie potrzebuję w danym momencie usłyszeć.

Logiką chrześcijaństwa jest nieustanne nawracanie, więc to oczywiste, że "biblijnej szkoły komunikacji" nie da się ukończyć jakimś ostatecznym egzaminem. To nauka na całe życie. Ale warto zauważyć w niej potencjał ewangelizacyjny dla tych, którym do Kościoła daleko. Tak wielu ludzi czuje się dziś sfrustrowanych, przeciążonych natłokiem i szybkością informacji, samotnych, niezauważonych, niewysłuchanych. Niesłabnąca popularność wszelkich treningów uważności, porozumienia i komunikacji pokazuje, że jest to taki temat, którym i my, wierni, moglibyśmy przyciągnąć ludzi do Jezusa. W końcu to On jest Słowem, które stało się ciałem - rzeczywistością zmieniającą fundamenty świata. Pytanie tylko - czy potrafimy to dostrzec?

 

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Mary E. Siegel, Paul J. Donoghue

Czy jesteś dobrym słuchaczem?

Czy naprawdę wiesz, o czym mówią ludzie wokół ciebie?

Żony i mężowie, dzieci i rodzice, pracownicy i szefowie twierdzą, że nie są słuchani. Pewnie mają rację, a w dodatku sami nie...

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Dobija nas ilość treści, przestajemy umieć rozmawiać. A tuż obok są ludzie, którzy mogą nas tego uczyć  
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.