Kilometry piachu to za mało. Dlaczego zakazane drzewo kusi nas najbardziej?

Kilometry piachu to za mało. Dlaczego zakazane drzewo kusi nas najbardziej?
Fot. Depositphoto

Jeździmy tam od kilku lat. Plaża niedaleko rezerwatu ptaków - jedno z ostatnich znanych mi miejsc na polskim wybrzeżu, gdzie nie ma frytek, kukurydzy, gofrów, dmuchanej zjeżdżalni ani ryczących megafonów zapraszających na rejs statkiem piratów albo przejażdżkę autkiem Nemo. Rezerwatowe obostrzenia przynajmniej od strony prawnej dają luksus ciszy i obcowania z naturą.

Nie będę udawać, że przyjeżdżamy tam z pobudek ornitologicznych. Przyjeżdżamy, bo jest pięknie, bo można wejść do wody bez hałasu spod znaku umca-umca i ryku motorówek, a na ogromnej plaży zawsze znajdzie się miejsca, w którym spokojnie możemy zbudować z dziećmi zamek i nacieszyć się bezkresem morza. 

To jedno z tych miejsc, za które umiem dziękować niemal każdym oddechem. Wdzięczność tam jest wszechogarniająca, wypełniająca zachwytem każdą komórkę mojego ciała i pojawia się od lat naturalnie gdzieś między akrobacjami przy rozstawianiu namiotu plażowego w otoczeniu czwórki dzieci a standardowym wyciąganiem kanapek z piasku. Piszę o tym od razu, żeby było jasne, z jakiego punktu chcę się dziś wypowiedzieć: nie z rozczarowania światem, a z zachwytu, któremu coś (a może lepiej: ktoś) zaczyna wchodzić w drogę. Z roku na rok o tej plaży jest bowiem coraz głośniej w mediach, ergo: pojawia się na niej coraz więcej ludzi.

DEON.PL POLECA


Gdyby stał tam policjant

Przy długiej, leśnej ścieżce prowadzącej na plażę, stoją tabliczki. Na podobne można natknąć się także przy samych wydmach. Prosta rzecz, duża czcionka: dalej siedliska ptaków, nie wchodzić. Za nimi zaczyna się teren, na którym od lat ptaki składają jaja.

Tabliczka, jak wiadomo, nie ma ust ani rąk, by kogoś powstrzymać, więc ludzie wchodzą. Notorycznie. Po bursztyn, po kadr, po ładne tło do zdjęcia w wysokiej trawie, zrobić siku. Kiedy nie stoi przy niej nikt z oznaką strażnika rezerwatu, tabliczka jest dla wielu mniej więcej tym, czym przepis o dozwolonej prędkości na pustej, wiejskiej drodze o 23:30.

Czasem ktoś z organizacji ekologicznych albo pracowników rezerwatu się przy niej pojawia. W tym roku często widywaliśmy sympatyczną strażniczkę wyposażoną w lornetkę i aparat z ogromnym obiektywem, która jednocześnie prowadziła tam swoje badania ornitologiczne i przy okazji prosiła, by szanować zakaz wchodzenia na tereny lęgowe. I niestety dzień w dzień, raz po raz, wysłuchiwała w zamian rzeczy, których nie będę tu przytaczać, bo redakcja i tak by je wycięła.

Najbardziej zapadł mi w pamięć pewien dziarski dziadek o aparycji emerytowanego marynarza. Ciągnął za sobą dwoje wnuków dokładnie w tę stronę, gdzie ptaki miały gniazda. Kiedy usłyszał stanowczą prośbę, żeby się zatrzymał, wdał się ze strażniczką w burzliwą dyskusję. Koniec końców zaczął na nią krzyczeć - że ona tu chroni „to zafajdane ptactwo", a człowiek “nie może sobie iść, gdzie chce”. Wnuki, nieco przestraszone, a na pewno zdezorientowane, patrzyły to na dziadka, to na panią strażniczkę i wyglądały tak, jakby miały ochotę … nomen omen … schować głowę w piasek.

Mimowolnie przysłuchując się tej wymianie zdań, z przykrością uświadomiłam sobie jedno: ten pan właściwie nie dyskutował z zasadą. Dyskusja z zasadą wymagałaby uznania, że zasada w ogóle istnieje i rozumienia skąd się wzięła. Ten pan po prostu krzyczał na kobietę, która stanęła na drodze jego planów i zamierzeń, przytaczając nieśmiertelny argument z wolności człowieka. 

Ta plaża jest ogromna

I teraz najdziwniejsze. Ta plaża jest ogromna. Naprawdę ogromna. Zostawiony ludziom szeroki pas piasku ciągnie się kilometrami i nawet w szczycie sezonu wakacyjnego bez trudu można na nim znaleźć miejsce, gdzie można rozłożyć swoje koce, namioty, 3 pontony i jeszcze wybudować fortecę z piasku. Bursztynu też jest tam dokładnie tyle samo, co w plaży objętej rezerwatem - morze go przecież nie sortuje według stref ochronnych.

Cała ta plaża jest dla człowieka. Wolno wejść wszędzie, oprócz jednego kawałka. I jak myślicie, gdzie suną pielgrzymki? Chciałabym napisać, że tego nie rozumiem, ale myślę, że to jest mechanizm, który w chrześcijańskim świecie znamy aż za dobrze.

Cały ogród i to jedno drzewo

Czytałam niedawno Księgę Rodzaju i jak to bywa ze znanymi fragmentami, moje oczy prześlizgnęły się po opisie raju. Ale na tej naszej nadbałtyckiej plaży od razu stanął mi przed oczami werset: “(...) z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania, ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść” (Rdz 2,16-17). Pan Bóg mówi: z każdego drzewa tego ogrodu możesz jeść. Z k a ż d e g o. Ogród jest ogromny, wszystko w nim jest dla ciebie, jedz według upodobania. I dopiero potem, na końcu, pada jedno wyłączenie. Ale w uszach człowieka przynosi ono zaskakujący efekt - jakby cały ogród wyparował. Jest tylko tabliczka z zakazem, który w tym momencie zaczyna walić po oczach neonowym blaskiem.

Myślę, że to taka niekończąca się opowieść o tym, że granica działa na nas, ludzi, jak magnes - i że wystarczy ją pokazać, żeby reszta darowanego świata zbladła. Wąż w trzecim rozdziale nie musiał przecież wcale namawiać do złego. Wystarczyło, że przesunął akcent: naprawdę powiedział, że nie wolno wam zrywać owocu ze wszystkich drzew? (por. Rdz 3, 1). Jedno pytanie i ogród się kurczy do rozmiarów zakazu. Hmm. Podobnie na tej plaży: masz 10 kilometrów dla siebie i 1 km z prośbą, by nie wchodzić. Zaakceptujesz to?

DEON.PL POLECA

 

 

To nie jest piesek

Kilka dni później, w innym popularnym nadbałtyckim kurorcie, weszłam do sklepu z pamiątkami. Tych samych, co zawsze: mydelniczki z bursztynu, magnesy, muszelki przywiezione zapewne z drugiego końca świata, statek w butelce. Tłok, jak to w takich miejscach bywa, niemiłosierny. I nagle do hali sklepowej wszedł pan z pieskiem na rękach. Ekspedientka, uprzejmie, ale stanowczo, zwróciła się do niego: przepraszam pana, przy wejściu mamy znak, prosimy nie wchodzić z pieskiem.

I co się stało?

Pan się obruszył. Rozejrzał teatralnie po suficie i zaczepnym tonem odpowiedział: “Żadnego znaku nie widzę”. Na to ekspedientka cierpliwie, choć przez zęby, wskazała: “Znak jest na ścianie  przy drzwiach, na tabliczce wyraźnie napisaliśmy: prosimy nie wchodzić ze zwierzętami. Proszę wyjść z pieskiem”. A pan na to z szyderczym uśmieszkiem: “Ależ, proszę pani, to nie jest piesek, to przecież mój syneczek”.

Kurtyna.

Szczerze mówiąc, była to dla mnie ta sama scena, co na plaży, tylko inaczej rozegrana. Dziadek na wydmie zakwestionował sensowność zakazu. Pan w sklepie nie tknął zakazu w ogóle, tylko zredefiniował rzeczywistość. Zasada dotyczy przecież psów, a to nie jest pies. Zasada zostaje w mocy, nietknięta, tylko mnie po prostu nie obejmuje.

I żeby było jasne - nie chcę tu naskakiwać na ludzi, którzy kochają swoje zwierzęta - czułości nigdy za wiele, a ja sama traktuję nasze zwierzaki jak członków rodziny, choć nigdy nie ośmieliłabym się nazywać nasze kocury naszymi “syneczkami”. Choćby z samego szacunku do moich dzieci. Ale to nie rzecz o tym, kto jak traktuje zwierzęta. Bardziej chodzi mi o sam manewr redefiniowania okoliczności pod siebie. O tę chwilę, w której zamiast powiedzieć „przepraszam, nie zauważyłem", zmieniam nazwę rzeczywistości, żeby się w niej zmieścić.

To bardzo ludzkie i obawiam się dość częste. Ja na pewno robię to częściej, niż mi się wydaje. To nie jest plotkowanie, to troska o innych. To nie są zakupy, to inwestycja. To nie jest trzecia godzina w telefonie, to (oczywiście) praca. Nazywanie rzeczy było pierwszym zadaniem powierzonym człowiekowi w ogrodzie (por. Rdz 2, 19-20). Chyba nadal je wykonujemy - tylko nieco bardziej kreatywnie niż Adam.

Po co komu rezerwat

Podczas urlopu sporo myślałam o tym, jak my, społeczeństwo, czytamy tabliczkę z hasłem: “Nie wchodź, tu jest rezerwat”. Mam wrażenie, że wielu z nas zamiast czytać ją: “Hej, człowieku, tu się coś wykluwa!”, widzi na niej: “Zabieramy ci kawałek plaży”.

Rezerwat nie istnieje po to, żeby cię gdzieś nie wpuścić. Istnieje dlatego, że są rzeczy, które potrzebują ochrony, żeby w ogóle się wydarzyć. Jajo w trawie czy w piachu nie potrzebuje twojej życzliwości, sympatii ani lajka. Potrzebuje, żeby nikt tamtędy nie szedł. Ochrona polega tu wyłącznie na powstrzymaniu się - na tym jednym geście, który człowiekowi przychodzi ze szczególną trudnością.

I widzę, że można w tej perspektywie spojrzeć i na inne zjawiska. Ot, dzień święty.

Niedziela nie jest przecież dniem, w którym zabrano mi możliwość zrobienia zakupów. Jest ogrodzeniem wokół czegoś, co się bez tego ogrodzenia nie wykluje: spokój serca, skupienie, więź, która potrzebuje czasu i uwagi. Cisza przed Panem Bogiem nie jest stratą czasu, tylko warunkiem, żeby usłyszeć cokolwiek. Wierność w małżeństwie nie jest listą miejsc, do których nie wolno wejść - jest płotem wokół gniazda, w którym coś rośnie latami i czego nie da się odbudować w tydzień, jeśli się to rozdepcze. Przykazania, z tej perspektywy, wyglądają mniej jak regulamin, a bardziej jak seria tabliczek postawionych przez Kogoś, kto wie, gdzie są siedliska.

Jeśli miałabym więc Cię do czegoś namówić w ten wakacyjny czas, to do jednej rzeczy, drobnej. Kiedy będziesz gdzieś, gdzie stoi taka tabliczka: nie wchodź, uszanuj ją. Nawet jeśli nikt nie patrzy. Pomyśl o tym, co ona i dlaczego chroni. Przyjrzyj się temu z dystansu, ze spokojem i z uważnością. To jedno z najprostszych ćwiczeń charakteru i serca, jakie zna człowiek, a wychodzi z niego zaskakująco dużo dobrych owoców. Dla Ciebie osobiście i dla świata.

Agata Rusek

 

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Kilometry piachu to za mało. Dlaczego zakazane drzewo kusi nas najbardziej?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.