Ogarnij sobie spowiedź!
Kilka tygodni temu mój nastoletni syn podszedł do mnie ze słowami: „mamo, ogarnąłem sobie spowiedź. Idę do kościoła, wracając wejdę do sklepu, będę za godzinę”. Słuchałam lekko zadziwiona, bo w pierwszym momencie nie do końca załapałam o co chodzi. Syn po prostu chciał wyspowiadać się wtedy, gdy jest w kościele cicho, bez pośpiechu i u kapłana, którego sobie wybrał. I tak jak powiedział, „ogarnął” to sobie tak, żeby było dokładnie, jak zaplanował.
Mimo, że sama korzystam z pomocy stałego spowiednika i – podobnie jak mój syn – muszę wcześniej zaplanować wyjście, umówić się itd., to moje dziecko bardzo mnie zaskoczyło.
Nie oszukujmy się. My – dorośli – nie myślimy często o spowiedzi w ten sposób. Oszczędzamy sobie trudu. Czasem nie chce nam się wychodzić specjalnie do kościoła, wolimy szybką spowiedź podczas Mszy. Niekiedy jest nam zupełnie obojętne na jakiego kapłana trafimy, co patrząc na cel tego sakramentu nie jest niczym złym, ale ma duży wpływ na jego owocność, albo nasze osobiste przeżywanie.
Niedbale podchodzimy również do rachunku sumienia i nie robimy nic, by w jakiś sposób ten temat lepiej ogarnąć. Nie sposób wręcz nie przytoczyć słów z podwórka szkolnego „zakłuć, zdać, zapomnieć”. Do następnego razu, kiedy znowu trzeba będzie się przemęczyć i uklęknąć przy kratkach konfesjonału.
Tymczasem sakrament spowiedzi to nie tortury, ani pusty obrzęd. To spotkanie. Nie bez powodu nazywany jest sakramentem uzdrowienia, bo Pan Bóg chce dawać nam w nim czyste serce, nowe spojrzenie, swoją siłę. Gdyby spojrzeć na sakrament spowiedzi jak na wizytę u lekarza, specjalisty od chorób serca...
Czy pójdziesz do pierwszego lepszego kardiologa? Czy powiesz mu o swoich objawach byle jak, bez głębszego zatrzymania i przemyślenia? Czy powiesz mu szczerze, że boli cię najmocniej, gdy odpalasz kolejnego papierosa, czy może wstyd cię zablokuje i skłamiesz? Czy wtedy ten lekarz ma szansę dobrać odpowiednie leczenie? Czy to nie będzie kolejna „zmarnowana” wizyta? I choć spowiedź kończąca się rozgrzeszeniem nigdy zmarnowana nie jest, nadal bardzo wiele zależy od naszego zaangażowania.
Trafiłam ostatnio na słowa bł. ks. Michała Sopoćki, którego świat poznał jako spowiednika św. s. Faustyny Kowalskiej: „Ewangelia nie polega na tym, by głosić, że grzesznicy mają stać się dobrymi, ale na tym, że to Bóg jest dobry dla grzeszników”. Niby słowa tak proste i oczywiste, a wywracają spojrzenie na sakrament spowiedzi. Bóg jest dobry dla grzeszników. On wie co nam w życiu nie wychodzi. Wie też dlaczego tak się dzieje, często lepiej od nas samych.
Tyle czy mamy w sobie wystarczająco dużo wiary, otwartości i zaufania Bogu, by w to uwierzyć? Czy nasze dotychczasowe (często trudne) doświadczenia z konfesjonału nie zasłaniają nam prawdy o tym, że Bóg czeka na nas ze swoją miłością?
Zaczął się Wielki Post. Czas, w którym wielu katolików będzie chciało skorzystać z sakramentu pojednania. Niektórzy pierwszy raz od wielu miesięcy. Zadbajmy o tę ledwo rozpaloną iskrę, zastanówmy się nad tym jak dobrze „ogarnąć” sobie ten sakrament. By przeżyć go bez pośpiechu, hałasu wokół, po głębszym rachunku sumienia. Jeśli trzeba – świadomie wybierając sobie spowiednika.
I choć nie o wielkie emocje, mądre słowa księdza, czy jakiś zewnętrzny komfort tu chodzi (choć to wszystko jest ważne!), to zróbmy to co jest możliwe i w naszym zasięgu dziś, by dać Bogu szansę się spotkać. Pan Bóg bazuje na naturze. Nie wejdzie w nasze życie z butami, nie usiądzie za nas do szczerego rachunku sumienia, choć chętnie nam w nim potowarzyszy. Jeśli jest w nas pragnienie spotkania się z Nim w tym sakramencie, ogarnijmy co się da. Skoro nastolatek może, to my – dorośli – również.


Skomentuj artykuł