Chcę raczej zapytać o to, czy nie nadużywamy czasem modlitwy, traktując ją jako środek służący do zakasowania oponenta? A może taka modlitwa w ogóle nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, ponieważ Boga zaczynamy traktować po prostu jak bożka?
Zaraz po zakończeniu Synodu "obrońcy rodziny i tradycji" ogłosili swoje zwycięstwo. "Ave Maria! Kościół uratowany!". A ja się pytam - z kim zwyciężono i przed czym niby uratowano Kościół?
Niedawno ks. Wojciech Węgrzyniak przyczepił się (jeśli można tak powiedzieć) do bpa Grzegorza Rysia za homilię jaką wygłosił (16 października) na Mszy św. w intencji mężczyzn. Byłem na tej Eucharystii. Słuchałem z zaciekawieniem rozważań biskupa. I były dla mnie inspirujące.
Wraz z zakończeniem nadzwyczajnego Synodu Biskupów o rodzinie weszliśmy w bardzo ciekawy okres. Najbliższy rok Kościół katolicki na całym świecie ma poświęcić na dyskusję, która swój szczyt osiągnie na zgromadzeniu zwyczajnym w październiku 2015 roku. No to zaczynamy.
Co możemy począć wobec takich zarzutów? Możemy się obrazić. Możemy przejść do kontrofensywy. Ale możemy także posłuchać tego, co ma do powiedzenia grono polskich profesorów na temat naszej, kościelnej, obecności w życiu społecznym naszego kraju. Posłuchać krytycznie.
"Kościół cały jest misyjny. Cały i wszędzie! Wy wszyscy, którzy nie podejmujecie posługi na terenach misyjnych - nie zapominajcie, że nasza własna, polska Ojczyzna wciąż potrzebuje nowej ewangelizacji. Podobnie jak cała chrześcijańska Europa. Po setkach lat - i tysiącleciach - wciąż na nowo! Cała Europa stała się kontynentem nowego wielkiego wyzwania dla Ewangelii. I Polska też". Kto to powiedział i kiedy?
Kilka dni temu zadzwonił do mnie znajomy maniak produktów z nadgryzionym jabłkiem w logo i drżącym nieco głosem wyjawił pewien problem. Otóż jest on katolem, i to zdeklarowanym, a tu zarządzający firmą produkującą jego ukochane gadżety wprowadzili przepis, który przyprawił go o spory zgrzyt sumienia.
Po zakończonym III Nadzwyczajnym Synodzie Biskupów zatytułowanym "Wyzwania duszpasterskie związane z rodziną w kontekście ewangelizacji" można odnieść wrażenie, że tak zwani liberałowie i wrogowie Kościoła katolickiego mają powody do rozczarowania, a tak zwani konserwatyści i prawdziwi katolicy powody do umiarkowanej radości.
Warto, żeby polskie rodziny czuły, że Kościół jest z nimi w ich zwykłym życiu, a nie tylko przy okazji obyczajowych batalii. Bo naprawdę nie tak rzadko słychać głosy: Kościół naucza ponad naszymi głowami i troskami.
Tak widać było w wyrokach boskich napisane, że Synod poświęcony rodzinie i ewangelizacji skończył się symbolicznie beatyfikacją Pawła VI - papieża, który nadał jednoznaczny kierunek nauczaniu o rodzinie i moralności małżeńskiej następnym pontyfikatom. Ojcowie Synodalni przegłosowali już dokument końcowy, można więc pokusić się o jakieś refleksje.
Czy to nie jest tak, że w Kościele potrzeba nam przede wszystkim radości? Otóż… nie. Nie tego nam trzeba i mam zamiar to udowodnić.
Ojciec Święty Franciszek w swojej adhortacji apostolskiej Evangelii gaudium w kontekście nowej ewangelizacji przypomina, że każdy katolik jest misjonarzem (EG 120). Czy potrzebne są więc jeszcze misyjne seminaria? Większość z nich przeżywa dzisiaj kryzys.
Po lekturze artykułu red. T. Terlikowskiego w dzisiejszej (17.10) "Rzeczpospolitej" pt. "Herezje na synodzie" dochodzę do wniosku, że D. Piórkowski w jednym punkcie się mylił. Zarzuty publicysty nie ocierają się o demagogię: są demagogią w czystej postaci.
Jezus nie jest znakiem sprzeciwu. My też nie powinniśmy. Bóg nikomu i nigdy nie mówi: "Ale ci teraz dowalę", na nikim się nie mści. Kościół nie jest po to, żeby kogoś potępiać. My mamy nieść radość.
Czytając artykuł pt. "Czy chrześcijanin może praktykować zen?", poczułem się wezwany do tablicy. Dlaczego? Bo należę do grupy osób, o której Mateusz, mój współbrat i autor tego artykułu, wspomniał: "Dla wielu chrześcijan na świecie spotkanie z zen umocniło ich relację z Chrystusem". Sprecyzuję.
Dyskusja synodalna zainicjowana przez papieża Franciszka skłania do przypomnienia sobie jak podchodzono do małżeństwa (a więc i rozwodów) w pierwszych wiekach chrześcijaństwa.
Była pierwsza połowa roku 381. W Konstantynopolu toczył się, zwołany przez cesarza Teodozjusza I, sobór. Było to drugie takie zgromadzenie w dziejach Kościoła powszechnego. Jak podają historycy, wzięło w nim udział około 190 biskupów. Nie było papieża ani legatów. Rozstrzygano ważny, choć bardzo trudny, problem teologiczny dotyczący Ducha Świętego.
Zarzut Tomasza Terlikowskiego, że część ojców synodalnych nie chce głoszenia Ewangelii i tylnymi drzwiami wpuszcza do Kościoła "konia trojańskiego" ociera się o demagogię.
Wniosek, że rozwiedzionym, żyjącym w nowych związkach, powinno się pozwolić na przyjmowanie komunii, jest raczej ucieczką od problemu. Ośmielę się postawić mocną tezę, że jest to traktowanie Jezusa obecnego w Eucharystii, jako taką "zapchajdziurę" - my czegoś nie umiemy, boimy się stawić czoła problemowi, zatem zostawmy wszystko Panu Bogu, a będziemy mieli czyste sumienie.
Jednym z tematów, którymi media żyły już przed Synodem biskupów była sprawa par niesakramentalnych, czyli tych którzy żenią się ponownie, mimo że ich pierwsze małżeństwo było zawierane w kościele jako sakrament. Przede wszystkim emocjonowano się tym, czy Kościół może w jakiś sposób uznać te nowe związki i dopuszczać tych ludzi do komunii.
{{ article.description }}