Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?

Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?
Fot. Depositphotos.com (280662110)

Internet daje dostęp do modlitwy, rekolekcji i wspólnot z całego świata. Ale razem z wartościowymi treściami łatwo trafić na duchowe uproszczenia, fałszywe autorytety czy pokusę zastąpienia realnego Kościoła wygodną wersją online. Gdzie przebiega granica między pomocą a namiastką? Wirtualne parafie, katocelebryci i wspólnota błogosławionego Chata z GPT – czyli na co zwracać uwagę, karmiąc duchowość online. O tym rozmawiają Magda Urbańska i Agata Rusek w kolejnym odcinku serii „Katoliczka w sieci”.

Magda Urbańska: Agato, pamiętam czas, gdy moje dzieci były bardzo małe i często chorowały. Ogromnym wsparciem były dla mnie wtedy znajomości internetowe, bo pomogły mi przetrwać trudny czas... Nie dziwię się więc popularności takich przestrzeni internetowych jak Teobańkologia czy Urzekająca, bo one dają nam coś dobrego, konkretnego. Coś, czego nie daje nam w danym momencie świat realny albo w jakiś sposób daje, ale dziś nie mamy możliwości z tego korzystać...

DEON.PL POLECA



Agata Rusek: Wspólnotę? [śmiech]

Magda Urbańska: Tak, [śmiech] jakiś rodzaj wspólnoty, ułomnej, owszem, ale bywa, że są różne sytuacje w życiu, gdy Internet staje się pewnego rodzaju furtką, jedyną aktualnie dostępną szansą, by spotkać się z drugim człowiekiem... Myślę np. o akcji „życie ze Słowem”, która od prawie dwóch lat łączy ludzi z różnych stron świata na codziennej modlitwie Słowem z dnia. To naprawdę daje jakieś poczucie wspólnoty, być może też motywację do pójścia głębiej w życiu duchowym. Ale jednocześnie trzeba powiedzieć jasno, że nie zastąpi pójścia na Mszę, spowiedzi czy rozmowy z osobą towarzyszącą nam duchowo. Moje doświadczenie krzyczy wyraźnie: nie zatrzymuj się na tym! Nic nie zastąpi ci rozmowy z drugim człowiekiem twarzą w twarz! Te internetowe szanse są ważne, ale inne. Zatrzymując się jednak na tym, co dostajemy w sieci, stajemy się ubożsi... Jak Ty to widzisz dzisiaj?

Agata Rusek: Myślę, że kluczem jest tu to sformułowanie „ułomna wspólnotowość”. Z jednej strony technologia pozwala nam na niebywałą skalę doświadczać i czuć się częścią wydarzeń, wspólnot, w których z różnych racji uczestniczyć nie możemy. Od razu przypomina mi się organizowany od lat w Boże Ciało w Rzeszowie koncert „Jednego serca, jednego ducha”. Co roku odpalamy go na żywo i kiedy ktoś ze sceny krzyczy: „Pozdrawiamy całą rodzinę jednego serca oglądającą właśnie transmisję we wszystkich zakątkach świata!!!”, to my czujemy, że to przekaz do nas. Czujemy, że jesteśmy w jakimś sensie wspólnotą z tą rzeszowską ekipą rozśpiewanych serc. I to jest ten wymiar wirtualnej wspólnotowości, która może być kapitalnym zalążkiem czegoś naprawdę budującego.
Coraz częściej możemy podglądać na żywo 'streamy' z pielgrzymek, z sanktuariów, z Lednicy, z uwielbień. Wszystko to buduje jakieś poczucie wspólnotowości, ale jednak zawsze „ułomne”. Bo to jest ta druga strona technologii – że ona jednak nie umożliwia pełnego uczestnictwa, a wręcz sprzyja temu, by wybierać tylko to, co człowiekowi najbardziej pasuje. Może to zabrzmi kontrowersyjnie, ale im dłużej czytam ewangelię, tym bardziej jestem przekonana, że pomysłem Pana Jezusa na wspólnotowość nigdy nie było kryterium wygody i komfortu. Myślę, że Jego zamysłem było właśnie to, że wspólnota ma nas w taki bardzo ludzki sposób uwierać i wytrącać ze strefy komfortu, bo w jakimś sensie to najprostszy sposób, by w praktyce nauczyć się kochać Jego Miłością, a nie własną. I w efekcie jak spojrzymy na współczesny Kościół, to nie ma w nim, po prostu nie ma, idealnych wspólnot.
Za to w internecie bardzo łatwo można ulec złudzeniu, że raz po raz odkrywamy takie wspólnoty, których działania są po prostu wzorcowe, a zgromadzeni w nich ludzie są szczęśliwi, spełnieni i jeżdżą na jednorożcach idealnej modlitwy [śmiech]. A że spotykam się z taką wirtualną wspólnotą tylko wtedy, kiedy chcę i jak chcę, widząc tylko wycinek jej rzeczywistego funkcjonowania, to potem właściwie bez żadnych konsekwencji i nadzoru duchowego można latami uprawiać internetowy churching. Bo przecież w wirtualnych parafiach bardzo długo można słuchać takich kazań, jakie się lubi, takiej muzyki, jaka się podoba, ba, można uczestniczyć w spotkaniach, kiedy tylko nam pasuje i zasadniczo nawet w pozycji, jaką uznamy za najbardziej komfortową dla siebie.

Magda Urbańska: Ktoś żartobliwie powiedział mi kiedyś, że stworzyłam wirtualną wspólnotę, która modli się Słowem albo świętuje spowiedź. Wiesz, co wtedy poczułam? To nie była radość, to było przerażenie! Zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście wokół moich mediów społecznościowych zgromadziła się spora rzesza ludzi. Nie jestem odpowiedzialna za nich i za ich rozwój, a jednak poczułam pewien lęk wynikający z poczucia jakiejś odpowiedzialności. Czy to co robię, prowadzi innych do Boga? Czy daje im dobro? Czy nie prowadzę ich w jakieś krzaki? Ja, świecka żona i mama, nie–teolog, która często pisze np. o sakramentach. Wirtualna parafia powstała przy moich wpisach całkiem przypadkiem, nie była moim celem. Jednak ta wspólnota jest i choćby w akcji „życie ze Słowem” widzę, jak jest żywa. Z drugiej strony wyświetlają mi się treści innych twórców. Niekiedy są bardzo wartościowe, uwielbiam do nich wracać i się nimi nasycać. Np. wpisami Dobrej Wnuczki, znasz? [śmiech] Czasem – niestety nie tak rzadko – patrzę na niektóre profile z przerażeniem, bo pełne są nie tylko nieuporządkowanych emocji, ale i błędnej nauki, tworzenia pewnej bańki nieomylności – akurat w tym przypadku trafne są słowa, że czują się mądrzejsi od papieża... I rzesza ludzi, którzy idą za kolejnym kato–celebrytą, który jest katolicki tylko z nazwy...

DEON.PL POLECA


Agata Rusek: Osobiście uważam, że jeśli ktoś lubi się karmić treściami duchowymi, to trzeba, by miał świadomość, że zasada ograniczonego zaufania jest chyba jedną z najbardziej fundamentalnych i przydatnych w internecie i obowiązuje również w tym obszarze. Warto więc uczyć się weryfikować i rozpoznawać, czy dana treść jest wierna nauczaniu Kościoła, czy jest cytowana uczciwie, czy nie manipuluje lękiem i poczuciem winy, czy prowadzi do wolności i odpowiedzialności – bo to są dość proste kryteria rozpoznawania, czy coś jest dobre dla naszej duchowości, czy nie. Ale w tym cyklu już nie raz o tym mówiłyśmy, że łatwość zakłamywania i przeinaczania prawd wiary pozostaje ogromnym wyzwaniem współczesnego świata. 

Magda Urbańska: No więc właśnie! Gdzie szukać prawdy? Ja bym powiedziała, że w Kościele, ale tym poza światem wirtualnym. Spowiedź, towarzyszenie duchowe, rekolekcje, katechezy dla dorosłych. Mamy wiele możliwości na wyciągnięcie ręki. Sama widzę jak wiele dobra, choćby w mojej Archidiecezji Gdańskiej, robi np. Szkoła Biblijna. Jednak szukając odpowiedzi na jakieś pytanie, nie sięgamy do nagrań z tej Szkoły, ale do czata GPT.

Agata Rusek: No tak, błogosławiony Chat z GPT, patron szukających odpowiedzi na pytania, których nie chcemy zadać proboszczowi... [śmiech].

Magda Urbańska: Czy mnie to przeraża? Nie, ale wciąż zaskakuje... Podobnie jak zaskakują mnie tłumy podążające za księdzem, który zaciągnął na siebie kościele kary, albo ci, którzy po pandemii nie wrócili do kościołów, ale oglądają Mszę w telewizji, bo im tak wygodniej i nie widzą w tym problemu... Niestety tych osób wcale nie jest tak mało. Dlaczego sięgamy po namiastkę, skoro w Kościele mamy pełnię? Z lenistwa? Czy może dlatego, że nie mamy dobrych doświadczeń „na żywo”?

Agata Rusek: Dobre pytanie! I na pewno nie ma na nie jednej dobrej odpowiedzi [śmiech]. Ale – tak poważnie – to warto skonfrontować się z nim we własnym sumieniu. Z jednej strony Kościół i liturgia zbudowane są na żywej relacji, na kontakcie osobowym, a dzisiejsza technologia bardzo nam na ten wymiar życia wpływa. To nie są żadne opinie, to przecież dobrze udowodnione fakty, że wszechobecność ekranów sprzyja naszym rozproszeniom, gorszemu dobrostanowi, trudnościom z budowaniem trwałych więzi. Warto więc przynajmniej spróbować zmierzyć się z pytaniem, dlaczego wolę Mszę online, skoro w Polsce wciąż mamy taką dostępność kapłanów i sprawowanych przez nich Eucharystii. Podobnie jest z coraz liczniejszą grupą ludzi szukających u owego – tu ironizuję, oczywiście – błogosławionego Chata z GPT odpowiedzi na wszystkie swoje pytania, także te duchowe. Czy chodzi tylko o to, że chat daje odpowiedzi w trybie natychmiastowym i bez oceniania? Że zawsze nam potakuje i mówi, jakie to błyskotliwe problemy z nim poruszamy albo jakim jesteśmy skarbem cywilizacji? Dlaczego tak trudno nam dziś – już nawet nie wyciągnąć z półki – ale chociaż odpalić stronę z Katechizmem Kościoła Katolickiego i tam poszukać odpowiedzi na wątpliwości? A może nie mamy wątpliwości, bo do tego, co wypluwa ‘ejaj’ podchodzimy zupełnie bezkrytycznie? Myślę, że to ogromne, ogromne pole do popisu w ramach ewangelizacji i katechizacji wspólnoty wiernych. Być może w tym kontekście warto by było, by mądrzejsze, teologiczne głowy, zastanowiły się, czy duchowość online to dziś nowa forma formacji, czy raczej tylko dodatek do życia wiary? I jeszcze świetnie by było, gdyby poinformowały lud Boży o wnioskach ze swojej refleksji niekoniecznie kolejnym fascynującym listem episkopatu...

Magda Urbańska: Kiedy jednak myślę o karmieniu duchowości online widzę dla samej siebie więcej szans niż zagrożeń. Jestem dziś na takim etapie życia i mojej duchowej drogi, że potrafię w zalewie różnych treści znaleźć te, które rzeczywiście mnie karmią i pozwalają wzrastać. Jeśli coś mi nie pasuje, nie gra – pytam o zdanie zaufanego kapłana. Mam tę podstawową bazę choćby we wsparciu mojego spowiednika albo wspólnoty małżeństw. Jakby mnie mocno przypiliło, do proboszcza też bym poszła [śmiech]. Internet jest tylko dodatkiem, choć bardzo pięknym i wartościowych... Jest czymś, co mam na co dzień, na wyciągnięcie ręki. Nie muszę się umawiać, zrywać z pracy, kombinować opieki nad dziećmi... I wcale nie traktuję tego jako zapychaczy, ale jako część mojej duchowej drogi. Nie całość, nie większość, ale spora część na pewno...

Agata Rusek: Tak, ja też uważam, że Internet, ma ogromny potencjał, by rozpalać serca, by pomagać przyciągać do Jezusa, by głosić o niesamowitej Miłości Boga wszem i wobec tak, by dobra nowina docierała aż na krańce świata. Ale nie mam też wątpliwości, że życie wiary wymaga rzeczywistego, do krwi i kości realnego miejsca, relacji i rytmu... Dlatego często powtarzam, że cała moja działalność publiczna w internecie ma sens tylko wtedy, jeżeli odbiorcy moich treści czują się zainspirowani albo choć odrobinę zaintrygowani, by iść rzeczywiście na Mszę, do spowiedzi, sięgnąć po Pismo Święte czy spróbować modlitwy. W przypadku rzeczy, którymi sama się karmię w internecie, ciągle bardzo użyteczne pozostaje dla mnie kryterium, czy ta treść, z którą przebywam online, to czy ona rzeczywiście przekłada się na konkret mojej codzienności – czy prowadzi do nawrócenia, pełniejszej miłości, posłuszeństwa czy pozostaje tylko zastrzykiem „duchowej dopaminy”. Wiesz, w stylu – po obejrzeniu mam w głowie: „Och, jakie fajne to kazanie, jaka świetna ta modlitwa”, a potem siadam za kierownicę i na pierwszym skrzyżowaniu bluzgam „tych idiotów za kierownicą” z góry na dół.

Magda Urbańska: Wiesz... Myślę, że to jest dużo głębszy problem niż wspólnotowość online. Przecież od zawsze było tak, że katolicy uczęszczający regularnie do kościoła obgadywali, kradli i krzywdzili. Nie wszyscy na dużą skalę i codziennie [śmiech]. Jednak wszyscy jesteśmy poranieni, grzeszni, coś nam się czasem bardzo mocno odkleja. Jednak to jest problem, który dzieje się od zawsze, choć rzeczywiście w życiu realnym jest łatwiej nad tym pracować. Dlaczego? Bo konfrontuję się z kimś twarzą w twarz. Nie z ekranem, ale z żywym człowiekiem. To żywe relacje nas ciosają i kształtują. I warto o nie dbać, choćby tylko z tego powodu...

Agato, żeby nasi Czytelnicy nie posnęli... Zapraszamy za tydzień, chciałybyśmy poruszyć wtedy temat tego, z czego spowiada się katoliczka w sieci. 

Agata Rusek: Tak jest! Dotkniemy nowych (a może starych?) dylematów etyczno–moralnych, będziemy się zastanawiać np. nad problemami, które rodzi konflikt między prawdą ekranu a prawdą codzienności, gdzie zaczyna się kłamstwo, a gdzie jest to kwestia zachowania bezpieczeństwa w świecie wyzwań, o których nie mieliśmy pojęcia jeszcze dekadę temu.

Magda Urbańska: Zapraszamy!

 

Przeczytaj poprzednie rozmowy:

  1. „Autentyczność się nie niesie”. Katoliczki o presji i sile social mediów
  2. Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci
  3. Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom
  4. Bez wad, bez wątpliwości i w sukience. Mit prefekcyjnej katoliczki
  5. Ile swojej wiary można pokazać w sieci? „Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów”
  6. Jak wychować dziecko w erze TikToka? Złości mnie, gdy słyszę: "Może telefony niszczą dzieciństwo, ale nic już z tym nie zrobimy"
  7. Gdy dziecko staje się contentem. Co robią w sieci matki i jak się to odbija na prywatności dzieci?
  8. Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów

 

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet". Prowadzi bloga oraz Instagram.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.