Dziecko potrzebuje zaufania, niekoniecznie poczucia kontroli

Depositphotos.com (73962263)

Czy lokalizator w telefonie naprawdę chroni dziecko, czy raczej uspokaja rodzicielskie sumienie? Zakaz telefonów w szkole, śledzenie lokalizacji, powiadomienia z e-dziennika i obawa przed każdą pomyłką – czy w trosce o bezpieczeństwo nie odbieramy dzieciom odpowiedzialności i wolności? Smartfony, elektroniczna kontrola, szkolne aplikacje i lęk coraz częściej utrudniają im zdobywanie samodzielności. To rozmowa o tym, jak zastąpić kontrolę zaufaniem i towarzyszyć dzieciom w dorastaniu.

  • Zakaz smartfonów w szkole – dlaczego wspólne zasady ułatwiają życie rodzicom i dzieciom?
  • „Wszyscy mają, więc ja też chcę” – skąd bierze się dziecięce pragnienie posiadania telefonu?
  • Elektroniczna smycz i złudzenie bezpieczeństwa. Kiedy technologia wzmacnia rodzicielski lęk?
  • Dziecko samo w drodze do biblioteki – jak zaufanie pomaga budować odwagę i samodzielność?
  • GPS na spacerze, otwarte okno w internecie. Czy właściwie rozpoznajemy zagrożenia?
  • E-dziennik a odpowiedzialność dziecka. Czy rodzice odbierają mu szansę na naukę na błędach?
  • Najpierw posłuchać, potem oceniać. Dlaczego dziecko powinno mieć możliwość opowiedzenia własnej historii?
  • Zawierzenie czy lekkomyślność? Jak odróżnić realne niebezpieczeństwo od własnego strachu?
  • Rodzic jako kontroler czy towarzysz? Jak wspierać dziecko, nie odbierając mu wolności?

Magda Urbańska: Agato, jak tam u was w placówkach? Czy ucichły już głosy oburzone zakazem używania telefonów w szkołach? Mam takie wrażenie, że zarówno w szkole moich synów, jak i w tej, w której sama pracuję, sprawa wbrew pozorom szybko ucichła, bo zakaz przyszedł z góry, bardzo konkretny i nie było sensu kłócić się bez końca. “Nie i koniec” zadziałało bardzo dobrze. Szkoda, że musiało to jednak wyglądać w ten sposób...

DEON.PL POLECA



Agata Rusek: U nas ucichły, i to szybciej, niż się spodziewałam. We wrześniu byłam na zebraniach w szkołach naszych dzieci i trzech różnych wychowawców mówiło to samo, z ulgą, jakiej na wywiadówkach dawno nie słyszałam: „Tym razem nie musimy z dziećmi walczyć!”. Nasze dzieciaki chodzą do dużych, wielkomiejskich placówek, które już wcześniej próbowały zakazywać telefonów na własną rękę, tyle że zapis w statucie kończył się wieczną bitwą podjazdową i pytaniem „a niby jakim prawem mi pani zabroni korzystać z mojego telefonu?”. Z ustawą, która obowiązuje wszystkich uczniów w Polsce, trudno dyskutować, więc na przerwy wróciły ping-pong, karty i rozmowy, a młodzież całą energię buntu przeniosła na nowy jadłospis w stołówce [śmiech]. W szkołach moich dzieci kapitalnie sprawdziło się to, co badacze tematu nazywają zbiorową pułapką: pojedynczy rodzic z presją „cała klasa ma telefon” prawie zawsze przegrywa, ale wspólna reguła zdejmuje z niego ciężar bycia tym jedynym, który odmawia. Głosy oburzenia oczywiście jeszcze słychać. Ale mam wrażenie, że one bardziej pokazują nasze, dorosłych, pragnienia niż dziecięce.

Magda Urbańska: Nie znam dziecka, które choćby raz nie prosiło rodziców o własny smartfon. Za to znam sporo dzieciaków, które go nie mają i nadal żyją [śmiech]. Wiemy już z poprzednich rozmów, że nasze dzieci nie mają swobodnego i ciągłego dostępu do smartfonów, ani nie mają też swoich mediów społecznościowych, czy dostępu do miliona grup założonych przez rówieśników. Czasem widzę to jak w swoim podejściu odstaję, ale później patrzę na moje dziecko, które jest szczęśliwe, gdy słucha audiobooka, pół weekendu klei domek z tektury albo czyta kolejną część wciągającej powieści. Myślę sobie wtedy, że tak naprawdę to pragnienie telefonu nie jest do końca ich, ale generuje je środowisko, które bez elektroniki nie potrafi przetrwać 24 godzin. Czy chcę takiego stanu dla moich dzieci? Zdecydowanie nie... Jednak nie oszukujmy się – sami wiele godzin spędzamy z telefonem w ręku, więc wymaganie od dziecka, by tego nie robiło jest zwyczajnie nierealne.

Agata Rusek: No właśnie. To pragnienie posiadania telefonu wydaje się w dużej mierze zapożyczone. W naszym domu własny smartfon od lat nie schodzi z listy marzeń jednego z naszych młodszych dzieci, choć zapytany, do czego konkretnie byłby mu potrzebny, potrafi odpowiedzieć głównie tyle, że „wszyscy mają”, więc on też chce. Im dłużej jednak o tym myślę, tym wyraźniej widzę, że z nami, dorosłymi, jest dokładnie tak samo. Pragnienie, żeby dziecko było bezpieczne, jest we mnie szczere, głębokie i nikt mi go nie musiał instalować. Za to przekonanie, że owo bezpieczeństwo wymaga kropki na mapie i powiadomienia „dotarł do szkoły”, przyszło do mnie z zewnątrz: od mam z klasowej grupy, które już mają, i od reklam, które nauczyły się sprzedawać rodzicom spokój w miesięcznym abonamencie. Rozmawiałyśmy niedawno o tym, że na niepokoju zarabia się najwięcej, a rodzicielski niepokój wydaje się tu bardzo żyzną glebą. Dlatego zadaję sobie ostatnio pytanie, które brzmi niewinnie, a uwiera: czy ja rzeczywiście chcę, żeby moje dziecko było bezpieczne, czy może bardziej ja, matka, chcę przestać się bać? To są dwa różne pragnienia i mam wrażenie, że technologia znacznie chętniej obsługuje to drugie.

DEON.PL POLECA

Magda Urbańska: Coś w tym jest. Ale wiesz... Bardzo denerwują mnie teksty w stylu, że ta współczesna młodzież tylko w telefonach siedzi, a kiedyś to było życie. Owszem, warunki były inne, ale co robimy my – rodzice – jaki dajemy dzieciom wzór? Mam wokół siebie wiele matek, które same wciskają dziecku smartfon w plecak, najlepiej z włączoną lokalizacją, żeby mieć nieustanne poczucie kontroli nad swoją pociechą. I mówię nie tylko o tak skrajnych przypadkach jak mama, która na wywiadówce krzyczała, że dziecko musi jej meldować, że doszło do szkoły, a mieszkają zaraz obok placówki. Myślę też o tych rodzicach, którzy po prostu kupują dziecku smartwatch, bo bez niego nie pozwalają mu wyjść z kolegami z domu. Nie myślę wcale o sześciolatkach, ale dzieciach, które same z siebie są już na tyle samodzielne, żeby tę matczyną pępowinę odciąć. Technologia dała nam wiele dobrych narzędzi, ale mam takie poczucie, że jej często nadużywamy. To daje złudne poczucie panowania nad sytuacją... A tak naprawdę generuje jakiś rodzaj lęku. Nie mam kontroli – czuję się z tym źle, nie umiem sobie z tym lękiem poradzić. Tymczasem zaufanie do dziecka, uczenie go prawidłowych reakcji jest tym, co warto mu dać, bo ono wcześniej czy później wyfrunie w świat. Pytanie czy będzie jeszcze miało skrzydła...

Agata Rusek: Skrzydła to piękny obraz, więc dla równowagi dorzucę mniej poetycki [śmiech]. Mam wrażenie, że my, rodzice, z wielką starannością pilnujemy dziś furtki, zostawiając na oścież otwarte okno. Bardzo często trzymamy dziecko na elektronicznej smyczy na trzystu metrach chodnika między domem a szkołą, gdzie największym zagrożeniem jest nieuważny kierowca, a przed nim żaden GPS nie obroni. Potem to samo dziecko siada w swoim pokoju z urządzeniem, przez które ma dostęp do wszystkiego, WSZYSTKIEGO przed czym naprawdę chcielibyśmy je uchronić, i tam już nikt mu nie towarzyszy. O to jakoś dużo mniej się obawiamy niż o to, że nasze dziecko idzie samo do osiedlowego marketu.

Magda Urbańska: Wiesz, w minioną sobotę mój 10 letni syn, który nie ma swojego smartfona z opcją śledzenia lokalizacji wymyślił sobie podróż do biblioteki. Wszystko spoko, ale ta placówka, o której myślał, jest w sąsiednim mieście. Bardzo chciał pojechać tam sam, autobusem miejskim. Czy bałam się puścić go samego? Trochę tak, choć wiem, że gdyby się zgubił, szybko znalazłby pomoc, bo udowodnił to nie raz w innych kłopotliwych sytuacjach. Poza tym znał drogę, wiele razy w wakacje odwiedzaliśmy wspólnie to miejsce, jeżdżąc tą samą linią autobusów – znał więc przystanek, drogę do biblioteki itd. Dostał rozkład jazdy w rękę, drobną gotówkę na bilet, który musiał kupić u kierowcy i ruszył. Wrócił szczęśliwy nie tylko dlatego, że miał w plecaku nowe audiobooki [śmiech], ale też dlatego, że opowiadał jak kierowca autobusu zagadał go i zapytał, czy wie, gdzie jest i dokąd jedzie, a syn odpowiedział mu, dlaczego chciał ruszyć w taką przygodę, na co kierowca pochwalił go za pomysł i odwagę. “Tak sobie potem gawędziłem z tym panem, zanim autobus ruszył” – opowiadał podekscytowany. Myślę, że to była cenna lekcja i dla mnie, i dla niego. Syn zobaczył kolejny raz, że mu ufam. Ja zobaczyłam, że świetnie sobie radzi w różnych sytuacjach i że potrafi poprosić o pomoc kierowcę, pana w bibliotece czy inne osoby czekające na przystanku. I to jest cenne. Nie telefon od mamy, nie śledzenie na lokalizatorze, ale zaufanie i rozwijanie swojej odwagi, jakiegoś rodzaju samodzielności i pewności siebie. Niestety z powodu naszych obaw i lęków, często te doświadczenia naszym dzieciom blokujemy, nieustannie karmiąc je lękiem i poczuciem, że sobie nie poradzą. Aż się ciśnie na usta pytanie: skąd wiesz, że nie poradzą, skoro nigdy nie dałaś im szansy spróbować?

Agata Rusek: Tak sobie myślę, że w twojej historii dobrze widać też coś, co od lat tracimy po cichu. Bezpieczeństwo dziecka przez całe pokolenia było sprawą wspólną i pilnowali go sąsiedzi, pani z kiosku oraz obcy dorośli na przystanku. Dziś zamieniamy je w prywatną usługę, którą każda rodzina obsługuje z własnego telefonu. Im bardziej polegamy na aplikacji, tym rzadziej proszę o cokolwiek sąsiadkę i tym mniej okazji ma moje dziecko, żeby się przekonać, że dorośli wokół są w większości życzliwi. Twój syn wrócił z biblioteki z audiobookami i z doświadczeniem, że świat potrafi się nim zaopiekować, a tego nie zapewni mu żaden zegarek. Przypomina mi się przy tym Święta Rodzina wracająca z Jerozolimy. Maryja i Józef uszli cały dzień drogi w przekonaniu, że dwunastoletni Jezus idzie gdzieś wśród krewnych i znajomych, bo tak właśnie działała karawana: dzieci były pod opieką wszystkich. Dziś Maryja najprawdopodobniej dostałaby powiadomienie „Jezus opuścił bezpieczną strefę” jeszcze przed bramą miasta [śmiech]. Oszczędziłoby jej to, owszem, trzech dni strachu, ale nie mielibyśmy też sceny w świątyni i fantastycznej nauki, że nawet świętym Rodzicom zdarzyło się zgubić dziecko i cała ta eskapada wszystkim w pewnym sensie wyszła na dobre. Gubić dzieci oczywiście nikomu nie polecam, ale mimo wszystko zastanawiam się, ile takich doświadczeń nasze dzieci nigdy nie przeżyją, skoro chronimy je przed wszystkim, co nieznane.

Magda Urbańska: Wiesz, mam też trochę inną refleksję. Na jednej z wywiadówek usłyszałam od wychowawcy syna, że dzieci z tej klasy boją się wracać do domów, bo rodzice dostali powiadomienie na Librussie o słabej ocenie. Zatrzymało mnie to. Moi synowie też wracają czasem z gorszą oceną, ale zawsze starałam się raczej ich wspierać niż karać. Pytać, jak mogę pomóc, niż sprawiać, że będą bali się powrotu do miejsca, które powinno być azylem. Wspominam czas mojej podstawówki, gdzie jedynkę zdążyłam poprawić, zanim rodzice się o niej dowiedzieli, bo wywiadówka była raz na trzy miesiące albo i rzadziej. Większa odpowiedzialność była po mojej stronie. Dziś, przez to, że dziennik to kolejna aplikacja w telefonie, który jest ciągle pod ręką, zabraliśmy dziecku duże pole własnej odpowiedzialności. Za naukę, zachowanie w szkole, za to z czego zbliżają się sprawdziany w najbliższych dniach. Wszystko możemy sprawdzić sami i okej, sprawdzajmy. Pytanie, co dalej – czy będę wyręczać dziecko w pilnowaniu JEGO spraw, czy pozwolę mu się uczyć na własnych błędach? Czy naskoczę na swoje dzieci, że znowu czwórka, a nie szóstka i będą bały się wrócić do domu, czy pozwolę im na to, że przyjdą sami i powiedzą, że wyszło im inaczej niż by chcieli. Pytanie co bardziej wspiera relacje, które są przecież ważniejsze niż kolejna ocena w dzienniku. Kto będzie za 10 lat pamiętał, ile dziecko miało jedynek? Nikt. A czy dziecko będzie pamiętało, że mama przytuliła, zamiast nawrzeszczeć? Z pewnością tak...

Agata Rusek: Wiesz, dotarło do mnie właśnie, że ta aplikacja zabiera dziecku oprócz odpowiedzialności, o której mówisz, jeszcze pierwszeństwo w opowiedzeniu własnej historii. Kiedy pytam przy obiedzie „co tam w szkole?”, znając już odpowiedź, moje pytanie zamienia się w sprawdzian z prawdomówności. Dziecko wyczuwa to błyskawicznie i albo przestaje opowiadać, bo po co, skoro mama i tak wie, albo uczy się opowiadać tak, żeby zgadzało się z aplikacją. Jedno i drugie jest dla relacji fatalne. Widzę w tym jeszcze głębszą warstwę. Człowiek, który jest stale widziany, uczy się przede wszystkim dobrze wypadać, a sumienie rośnie tam, gdzie nikt nie patrzy: gdzie mogę coś zawalić, pobyć z tym sama, podjąć decyzję i przyjść z nią do mamy z własnej woli. Pan Jezus mówi o Ojcu, który „widzi w ukryciu”, a to znaczy, że Bóg owo ukrycie człowiekowi w jakiś sposób podarował. Mam poważną wątpliwość, czy dziecku, które nie ma przed rodzicami ani jednej tajemnicy, łatwo będzie uwierzyć, że wszechwiedzący Bóg patrzy na nie z czułością, skoro wszechwiedzę zna z domu głównie od strony dziennika elektronicznego. Jak to wygląda z twojej strony biurka, Madziu? Widzisz tę zmianę, odkąd sama pracujesz w szkole?

Magda Urbańska: Tak, widzę i to bardzo! Jestem wychowawcą w drugiej klasie, moi uczniowie mają dopiero 8 lat, a często proszą o to, żeby “nie mówić mamie, gdy będzie mnie odbierać, chcę powiedzieć o tym sam”. Mam taką umowę z uczniami, że gdy przychodzi rodzic, mówię mu: “syn chciał się czymś pani pochwalić, proszę go posłuchać, zapewniam, że warto”. Przyznaję, że często reakcja zarówno dzieci, jak i rodziców jest dla mnie czymś nowym, czymś, czego ja sama jako mama nie doświadczyłam wcześniej. Te dzieci ogromnie cieszą się, gdy mogą się same czymś pochwalić, a gdy coś nabroją – też wolą opowiedzieć o tym same. Mam obowiązek informowania rodziców o ważnych sprawach i robię to, ale pierwszeństwo daję dziecku. Jeśli sprawa nie jest ważna, robią to bez mojej obecności. Opowiadają mi później, że mama po komunikacie ode mnie rzeczywiście np. nie odebrała telefonu, ale słuchała dziecka, bo pani powiedziała, że ono ma coś ważnego do przekazania. Dla mnie to jest niezwykle ważne, by ci rodzice zaczęli słuchać swoich dzieci, a jeśli niektórzy potrzebują do tego mojego popchnięcia, mogę ich pchać [śmiech].

Agata Rusek: Pewnie, Magda, chyba każdy z nas rodziców takiego pchacza od czasu do czasu potrzebuje, bo technologia ma dziś to do siebie, że bardzo podstępnie naszą uwagę zagarnia. Ale przypomniała mi się jeszcze jedna scenka. Kiedy nasze najstarsze dziecko pierwszy raz pojechało samo tramwajem jako kilkulatek przez pół miasta, nie miałam żadnej mapki do odświeżania i musiałam coś ze swoim matczynym strachem zrobić. Skończyło się na tym, że obierałam ziemniaki, powtarzając “Jezu, ufam Tobie” z gorliwością, jakiej dawno u siebie nie widziałam [śmiech]. Dopiero później pomyślałam, że gdybym miała aplikację, zamiast się modlić, patrzyłabym w ekran. Tu jest dla mnie sedno sprawy: zawierzenie dziecka Panu Bogu to konkretna czynność, którą wykonuje się właśnie wtedy, kiedy nic nie widać, a technologia obiecuje mi, że już nigdy w takiej sytuacji nie będę. W przypowieści o synu marnotrawnym ojciec wypuszcza chłopaka z majątkiem w świat, o którym dobrze wie, że jest groźny, a potem całymi dniami wygląda go na drodze, co jest chyba jedyną formą lokalizacji, na jaką pozwala miłość szanująca wolność. Mam też kłopot z samym hasłem „bezpieczeństwo przede wszystkim”, choć bezpieczeństwo należy do wartości, które bardzo sobie cenię. Ewangelia powtarza jednak „nie bójcie się”, ale nigdzie nie obiecuje, że nic nam nie grozi. Jak ty, Madziu, odróżniasz zawierzenie od zwykłej lekkomyślności? Ta granica wcale nie wydaje mi się oczywista.

Magda Urbańska: Dla mnie kluczem jest tutaj znajomość własnego dziecka. Wiem, jak moi synowie radzą sobie w danych sytuacjach i czy są realnie gotowi, żeby wsiąść w pociąg i pojechać gdzieś sami. Pamiętam, jak mój starszy syn jechał pierwszy raz sam pociągiem. Mąż miał go odebrać w miejscu docelowym, na peronie. Matczyna modlitwa rzeczywiście jest wtedy wyjątkowo gorliwa [śmiech]. Wiedziałam jednak, tak zwyczajnie po ludzku, że mój syn jest na tyle duży i ogarnięty, że sobie z tym poradzi i nie to jest problemem, ale mój lęk. Jeśli jestem w miejscu, w którym potrafię ocenić, co jest moim lękiem, a co rzeczywistym zagrożeniem i lekkomyślnością, dużo łatwiej jest podjąć dobrą decyzję. Czy zawsze mi się to udaje? Nie. Często wygrywa lęk. Patrząc na to szerzej, trudno jest mi niekiedy patrzeć na dziecko, które coś zaniedbuje, a ja wiem, jakie będą tego konsekwencje. Wiem też, że ono musi je poczuć, żeby nauczyć się dbać o swoje sprawy, choćby tak błahe jak pilnowanie tego, z czego ma jutro sprawdzian. Pasuje mi do tego obraz marnotrawnego syna, który przywołałaś. Nieważne, czy chodzi o sprawdzian, pozwolenie pójścia na imprezę z kumplami czy to, że moje dziecko ma jakieś swoje powody, że nie chce iść do spowiedzi i długo omija konfesjonał i za nic w świecie nie chce o tym rozmawiać. Mam w sobie wtedy dwie skrajne siły. Matczyny ból, bo chcę dobra dla swojego dziecka. Z drugiej strony świadomość, że nie mogę łamać jego sumienia, ale zawsze mogę pomóc mu je kształtować, dając jednak pewne poczucie wolności i sprawczości. Nie da się przeżyć wszystkiego za dziecko, nie wolno nam tego robić. Jednak czym innym jest być kontrolerem, a czym innym towarzyszem, prawda?

Agata Rusek: Nic dodać, nic ująć.

Magda Urbańska: Agato, mam takie poczucie, że tego tematu nie da się wyczerpać i chyba zostawiłabym już dziś naszych Czytelników z tym, co tutaj padło... Mam też wielkie pragnienie, by porozmawiać z Tobą na temat, który przewija się ostatnio w pokoju nauczycielskim. Jak smartfon wpływa na przyjaźń? Czy technologia pomaga nam w budowaniu relacji, czy może jednak pełna jest min, na które łatwo się nadziać? Co Ty na to?

Agata Rusek: Brzmi fantastycznie! I bardzo życiowo...

Przeczytaj poprzednie rozmowy:

  1. "Autentyczność się nie niesie". Katoliczki o presji i sile social mediów
  2. Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci
  3. Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom
  4. Bez wad, bez wątpliwości i w sukience. Mit prefekcyjnej katoliczki
  5. Ile swojej wiary można pokazać w sieci? "Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów"
  6. Jak wychować dziecko w erze TikToka? Złości mnie, gdy słyszę: "Może telefony niszczą dzieciństwo, ale nic już z tym nie zrobimy"
  7. Gdy dziecko staje się contentem. Co robią w sieci matki i jak się to odbija na prywatności dzieci?
  8. Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów
  9. Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?
  10. Czy z tego, co robimy w internecie, też trzeba się spowiadać?
  11. "To ja przychodzę do telefonu, nie on do mnie". Jak odzyskać kontrolę nad swoją uwagą?
  12. Google wie o tobie więcej niż twój spowiednik
  13. Aplikacja albo wykluczenie. Czy jeszcze naprawdę mamy wybór?
  14. Czy internet zabiera nam zdolność do zachwytu?
  15. Czasem lepiej nic nie mówić. Dlaczego milczenie może być formą miłości?
  16. W szukaniu odpowiedzi o wiarę wyręcza nas sztuczna inteligencja. To o krok od katastrofy
  17. Smartfon jest zaprojektowany tak, by człowiek czuł się pępkiem świata. Co technologia robi z doświadczeniem Boga?
  18. “Wróciłam do biura, a tam chatbot siedzi obok”. Powrót na rynek pracy w czasach AI to dla matek coraz większe wyzwanie
  19. Na niepokoju zarabia się najwięcej. Dlatego algorytmy rozregulowują nasze emocje
  20. „Udostępnij mi swoją lokalizację” – o zaufaniu, intymności i cyfrowej kontroli w małżeństwie
  21. „Kup teraz” to genialnie zaprojektowana pokusa. Dlatego ludzie zaczynają robić post od kupowania

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet". Prowadzi bloga oraz Instagram.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Dziecko potrzebuje zaufania, niekoniecznie poczucia kontroli
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.