Chętnie zabezpieczamy ziemską przyszłość. A co z przyszłością wieczną?

Chętnie zabezpieczamy ziemską przyszłość. A co z przyszłością wieczną?
fot. Jonathan Francisca / Unsplash

Mało jest w nas wiary w przyszłe życie, stąd tyle troski o życie doczesne. Owszem, jest ono najwspanialszym darem od Boga, ale nie dlatego, że możemy przeżyć piękne chwile tutaj, na ziemi, ale dlatego, że ono zaczyna się, ale się nie kończy, bo swoją kontynuację ma mieć właśnie w Królestwie Niebieskim.

Do tematu Królestwa Bożego możemy podejść na dwa sposoby: albo potraktujemy je jako melodię przyszłości, czyli w gruncie rzeczy jako coś nierealnego, co nijak ma się do naszego tu i teraz - takie tam opowiadanko, że niby kiedyś będzie lepiej, bo żyć będziemy w lepszym świecie bez łez i cierpienia; albo będzie ono dla nas rzeczywistością, która może mieć znaczący wpływ na nasz świat i na nasze relacje. Przyjście Syna Bożego na świat w ludzkim ciele jest ze strony Boga zainaugurowaniem Królestwa Niebieskiego.

Jednak ciągle mało jest w nas wiary w przyszłe życie, stąd tyle troski o życie doczesne. Owszem, jest ono najwspanialszym darem od Boga, ale nie dlatego, że możemy przeżyć piękne chwile tutaj, na ziemi, ale dlatego, że ono zaczyna się, ale się nie kończy, bo swoją kontynuację ma mieć właśnie w Królestwie Niebieskim. Dowodem na to, jak bardzo tego nie rozumiemy i nie przyjmujemy, jest zdanie, które pada z ust "kogoś z tłumu" w czytanym dziś fragmencie Łukaszowej Ewangelii: "Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem" (Łk 12,13). Jest to wołanie o sprawiedliwość. Ktoś czuje się poszkodowany, nieuczciwie potraktowany. Jest tego trochę i w naszych modlitwach, prawda? Tego wołania o sprawiedliwość.

Tutaj jednak przypomina mi się scena z kultowej komedii "Sami swoi", gdy Kazimierz Pawlak udawał się do sądu, na rozprawę w procesie z Kargulem, jego matka Leonia, wręczając mu dwa granaty, powiedziała: "Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie". I ta scena jest pytaniem, które powinniśmy sobie postawić: czy rzeczywiście chcę sprawiedliwości, czy jednak chodzi o to, żeby wyszło na moje?

Próbujemy mieszać Boga w nasze ziemskie problemy, w nasze międzyludzkie spory. I dobrze robimy, bo na tym właśnie polega chrześcijańska wiara - jest ona mieszaniem Boga do naszej codzienności. I to wcale człowiek na to nie wpadł, żeby Boga uczynić sobie tak biskim, ale to przecież On sam stał się w Chrystusie człowiekiem, niesamowicie skracając dystans między Stwórcą a stworzeniem! Nie możemy jednak oczekiwać, że Bóg będzie rozwiązywał sprawy według naszych wytycznych. Po to przecież Go do naszej codzienności zapraszamy, żeby ją uporządkował… po Bożemu.

Jest jednak wiele pytań, które nie dają spokoju… Gdzie jest ta Boża sprawiedliwość? Czy Bóg nie chce, by ona panowała pomiędzy ludźmi? Dlaczego zdaje się nie zabiegać o to, żeby nie działa się ludziom krzywda tutaj, na ziemi? W podobną nutę uderza zdanie z Księgi Koheleta: "Jest nieraz człowiek, który w swej pracy odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, a udział swój musi on oddać człowiekowi, który nie włożył w nią trudu. To także jest marność i wielkie zło" (Koh 2,21). Jednak ostatnie słowo nie należy do Złego. To, co wydaje się teraz być marnością, będzie obfitością w Królestwie Niebieskim, które jest ostatnim słowem Boga. Słusznie oburzamy się na panujące na świecie niesprawiedliwość i cierpienie, słusznie podejmujemy kroki, żeby wyeliminować to, na ile będzie możliwe. Ale jednocześnie wcale nie chcemy pozwolić Bogu, żeby nas przez to przeprowadził. Nie szukamy w Nim siły. Nie pozwalamy Mu dojść do słowa i wypowiedzieć Dobrej Nowiny o zbawieniu, bo nasz ból jest głośniejszy. I w takim stanie można tkwić w nieskończoność…

Dlatego tak przemieniające mogą być dla nas słowa Zbawiciela, w których ostrzega: "Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie jego nie zależy od jego mienia" (Łk 12,15). Są to słowa bardzo mocne, takie na otrzeźwienie z gonitwy za rzeczami materialnymi. Warto zauważyć, że materialne powodzenie wcale nie daje spokoju ducha. Człowiek martwi się o to, żeby nie zostać okradzionym lub napadniętym. Coraz bardziej się zabezpiecza, czyniąc samego siebie niewolnikiem tego, co ma. A przede wszystkim nie chce umierać, bo musiałby zostawić swój dobytek, bo wszyscy przez granicę życia i śmierci przechodzimy nadzy, bez niczego. I to jest z pewnością wielka sprawiedliwość, którą niesie śmierć będąca przecież bramą do życia wiecznego.

"Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe moje zboże i dobra. I powiem sobie: Masz wielkie dobra, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!" (Łk 12,18-19). Robimy wiele, żeby zabezpieczyć się na przyszłość w sposób materialny. A ile robimy, by zabezpieczyć swoją duchową przyszłość? Ile czasu poświęcamy na sprawy duchowe, a ile na doczesne? Czy jest w tym równowaga? Psalmista modli się: "Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca" (Ps 90,12). Prosi o mądrość, która płynie z jednej strony ze świadomości przemijania ludzkiego życia, a z drugiej - ze świadomości jego celu. Dni na ziemi są policzone, ale nieskończone jest życie po śmierci w Królestwie Pana.

I jeszcze, trochę na dokładkę do tego, co czytaliśmy w Ewangelii, św. Paweł pisze: "Jeśli razem z Chrystusem powstaliście z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus, zasiadający po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi" (Kol 3,1-2). Nie chodzi jednak tylko o sprawy materialne. Mamy zwrócić ku Górze całych siebie - to, co w nas namacalne, i to, co nieuchwytne, jak pragnienia: "Zadajcie więc śmierć temu, co przyziemne w członkach: rozpuście, nieczystości, lubieżności, złej żądzy i chciwości, bo ona jest bałwochwalstwem" (Kol 3,5).

Dzisiejsza liturgia słowa poprowadziła nas więc od naszego wołania o sprawiedliwość do Bożego wołania o nasze nawrócenie, które będąc zmianą myślenia sprawia, że zaczynamy patrzeć szerzej i głębiej na świat i ludzi. Wtedy nie widzę już tylko tego, co mogę dostrzec gołym okiem, ale odczytuję wszystko w perspektywie celu, jakim jest Niebo. Przestaję marnować moje ziemskie życie na rozgrywki i wojenki o sprawy dotyczące tego świata. Walczę natomiast o Królestwo Boże - najpierw w moim sercu, a potem wokół mnie. W tej walce nie jestem sam - i nie powinienem być sam, bo będę z góry skazany na porażkę. Świat by mnie pochłonął, a ja ośmieszyłbym się, stojąc samotnie i wymachując przed nim swoją szabelką. Ale jeśli Pan jest moją tarczą, to mogę wypowiedzieć wojnę wszystkiemu, co przemijające, żeby zakrólowała we mnie wieczność: "Nasyć nas o świcie swoją łaską, abyśmy przez wszystkie dni nasze mogli się radować i cieszyć" (Ps 90,14).

Kapłan archidiecezji gdańskiej. Student teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Współtwórca kanałów "Inny wymiar" i "KatOlizator".

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Roman Groszewski SJ

Z nich zaś największa jest miłość…
1 Kor 13,13

Pragniemy kochać i być kochani. Zależy nam na budowaniu dobrych relacji, opartych na wzajemnym zaufaniu i miłości. Jesteśmy do tego powołani, bo Bóg jest miłością: wcieloną,...

Skomentuj artykuł

Chętnie zabezpieczamy ziemską przyszłość. A co z przyszłością wieczną?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.