Nie mogłam być przy niej, gdy umierała. Zostało mi jedno wspomnienie [Siedem Boleści]
- Moja mama odeszła w trakcie pandemii, nie mogłam być przy niej, gdy umierała. Jednak pamiętam nasze ostatnie spotkanie, gdy mama traciła już świadomość. To było najczulsze trzydzieści minut mojego życia, gdy mogłam po prostu przy niej być i trzymać ją za rękę. Patrzę na tę boleść Maryi i widzę właśnie tę czułość. Ten wyjątkowy moment relacji. Taki, które zapada w sercu do końca życia - mówi Magda Urbańska w rozmowie z Agatą Rusek.
W naszym piątkowym cyklu inspirowanym nabożeństwem do Siedmiu Boleści Maryi nasze publicystki dzielą się swoimi wyzwaniami i perspektywą życia i zabierają nas w podróż z cierpiącą Maryją, która dobrze rozumie nasze zranienia i niepokoje. W szóstym odcinku czytamy kolejną boleść Maryi: zdjęcie z krzyża, opisane w 19. rozdziale Ewangelii Jana i przyjęcie ciała Syna w ramiona.
W odcinku znajdziesz:
Gdy po porodzie nie usłyszałam płaczu dziecka
Śmierć potrafi otworzyć na głębokie spotkanie
Żałoba nie zawsze zaczyna się na cmentarzu
Chwile, kiedy definitywnie kończy się jakaś nadzieja
Cierpiał, a my nie potrafiliśmy mu po ludzku ulżyć
Gdy wiara nagle przestaje być oczywista
Gdy po porodzie nie usłyszałam płaczu dziecka
Magda Urbańska: Staję w ciszy wobec tej tajemnicy. Wraca do mnie teraz takie wspomnienie sprzed dwunastu lat, gdy po długim i bardzo ciężkim porodzie nie usłyszałam płaczu mojego dziecka. To trwało “tylko” kilkanaście minut, ale rozrywało mi serce. Ta walka, niewiadoma, tłum lekarzy, który nagle pojawił się znikąd. Maryja już wie. Trzyma w rękach martwe ciało. Widziała śmierć swojego Dziecka. Nie wiem, co Ona może czuć. Ból, niedowierzanie… Czy gdzieś przez głowę przeleciała Jej myśl: jak dobrze, Jezu, że już nie cierpisz? Widziała przecież w jakich męczarniach umierało Jej dziecko. To jest taka boleść, której nie potrafię i chyba nawet nie chcę sobie wyobrazić.
Agata Rusek: Cisza. Tak. W tej scenie i mnie uderza ogromna cisza, ale kiedy myślę o szóstej boleści Matki Bożej - o zdjęciu Jezusa z krzyża - przede wszystkim mam przed oczami „Pietę” Michała Anioła. Ona przepięknie pokazuje niezwykłą fizyczność, wiesz, to, że ciało dorosłego Syna leży w ramionach Matki. Od razu mam mnóstwo skojarzeń i chyba właśnie dlatego ta scena jest dla mnie jedną z najbardziej przejmujących. Wcześniej Maryja patrzy na cierpienie Jezusa, stoi pod krzyżem, towarzyszy Mu. Ale w tym momencie dzieje się coś fizycznie ostatecznego - ktoś zdejmuje ciało Jezusa i oddaje Jej w ramiona, a Ona przyjmuje ciężar tego ciała. I myślę o tym bardzo dosłownie. Przecież Jezus był dorosłym mężczyzną, Maryja od dawna go nie nosiła, nie tuliła. To nie jest już maleńkie dziecko, które można zagarnąć w spazmie rozpaczy do serca, tylko to jest męskie, dorosłe ciało, które trzeba podtrzymać, unieść, dotknąć.
Śmierć potrafi otworzyć na głębokie spotkanie
Wierzę, że Maryja to zrobiła, to znaczy nie odwróciła wzroku od zmasakrowanego ciała swojego Syna, tylko przyjęła je z czułością i szacunkiem. W świecie, który często chce śmierć ukryć - szybko zamknąć ją w szpitalu, w prosektorium, w eleganckiej ceremonii - Maryja tym gestem uczy mnie, żeby się nie bać kontaktu ze śmiercią. I w tym kontekście myślę, że my, matki, mamy w sobie taką niezwykłą (kobiecą?) zdolność: potrafimy znaleźć w sobie siły i instynktowną mądrość, by fizycznie wejść w kontakt z tym, co kruche, trudne, bardzo bolesne, a przy tym zawsze ostatecznie widzieć w poranionym ciele swoje dziecko, czyli ofiarować mu czuły dotyk aż do końca.
Magda Urbańska: Nie wiem, czy masz, Agatko, takie doświadczenie, czy czuwałaś przy osobie umierającej.
Agata Rusek: Bezpośrednio - stety lub niestety - nie mam.
Magda Urbańska: Ja też nie mam… Moja mama odeszła w trakcie pandemii, nie mogłam być przy niej, gdy umierała. Jednak pamiętam nasze ostatnie spotkanie, gdy mama traciła już świadomość. To było najczulsze 30 minut mojego życia, gdy mogłam po prostu przy niej być i trzymać ją za rękę. Patrzę na tę boleść Maryi i widzę właśnie tę czułość. Ten wyjątkowy moment relacji. Taki, które zapada w sercu do końca życia, bo jest jednym z miliona podobnych momentów, a mimo to jest wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że wiąże się z fizyczną śmiercią, choć ona na pewno “pomaga” się czasem spotkać, jeśli tylko nie uciekniemy przed stratą. Śmierć potrafi otworzyć na głębokie spotkanie…
Żałoba nie zawsze zaczyna się na cmentarzu
Agata Rusek: Choć sama nie miałam dotąd okazji trwać przy umierającej bliskiej osobie, to oczywiście pożegnałam już wiele bliskich memu sercu osób. I wiesz, mnie ta boleść Maryi uczy przede wszystkim czegoś ważnego o żałobie. Tego, że ona nie zawsze zaczyna się na cmentarzu. Czasem zaczyna się dużo wcześniej - w chwili, kiedy trzeba uznać, że coś się skończyło, że nie będzie tak, jak miało być.
Maryja bierze w ramiona ciało Jezusa i nie ma już złudzeń. Ale w tej scenie - przynajmniej w jej biblijnej relacji - nie ma też rozpaczy, która zamyka w piekle osamotnionego cierpienia. Jest cisza, jest trwanie. I może właśnie tego warto się tu od Niej uczyć: jak być blisko śmierci, nie uciekając od niej, ale też nie pozwalając, żeby nas zniszczyła. Gdy pojawia się umieranie, my bardzo często chcemy albo zwiać, albo sprawić, by szybko się skończyło. Zamknąć temat, nie wracać, nie rozpamiętywać. Tymczasem Maryja bierze ciało zmarłego Jezusa w ramiona. Jest z Nim. Nie spieszy się. Daje sobie i Jemu jeszcze tę chwilę czasu. I może właśnie dlatego mówimy o tym, że to Ona uratowała wiarę ludzkości. Bo zanim przychodzi nowe życie, trzeba czasem uczciwie pożegnać to, co umarło.
Magda Urbańska: Wiesz co? Przypominają mi się teraz słowa śp. ks. Jana Kaczkowskiego, że czułości trzeba uczyć się całe życie, wtedy będziemy potrafili - właśnie w ciszy i jakimś nadludzkim spokoju - trzymać za rękę, być, wytrwać. Dać czułość i ciszę. To jest trudne i masz rację, że od tego uciekamy. Może właśnie dlatego, że nikt nas tego nie nauczył, nie dał instrukcji obsługi. Maryja pokazuje w tej scenie, że można. Że to jest etap, który możemy łatwo zagłuszyć i bardzo wiele przez to stracić…
Chwile, kiedy definitywnie kończy się jakaś nadzieja
Agata Rusek: Kiedy rozważam tę scenę, coraz częściej widzę w niej także szersze doświadczenie, które w jakiejś mierze zna każda matka: moment, w którym dotykamy czegoś, co umarło. Nie chodzi mi w tym momencie o śmierć fizyczną - choć i ona bywa przecież udziałem niektórych rodzin - ale o te chwile, kiedy definitywnie kończy się jakaś nadzieja. Pamiętam, gdy kilka lat temu, gorliwie i wytrwale, dzień w dzień modliliśmy się całą rodziną o uzdrowienie naszego nieuleczalnie chorego przyjaciela. Dzieciaki były wtedy bardzo małe i z wielką ufnością prosiły Pana Boga o cud uzdrowienia. Nawet, jeśli jako rodzice przypominaliśmy im każdego wieczora, że Pan Bóg to nie “cudomat” i nie wiemy, jaka jest Jego wola co do wujka, to te fragmenty rodzicielskich „uwag” wpadały dzieciom jednym uchem, a drugim wypadały.
I kiedy wujek zmarł, po raz pierwszy jako rodzice musieliśmy się zmierzyć z tym, że nadzieja w naszych dzieciach umarła, a wraz z nią przyszło rozczarowanie i powątpiewanie w dobroć Pana Boga. To była trudna, ale cenna lekcja, z której do dziś czerpiemy owoce. I znowu pozwolę sobie zauważyć, że kluczowe okazały się dwa czynniki: to, że pozwoliliśmy sobie i dzieciom zmierzyć się z faktem śmierci i to, że daliśmy sobie czas, by w tę śmierć się zanurzyć, to znaczy rozmawiać o niej, szczerze pokazywać emocje, nie tłumaczyć, tylko dać przykład milczenia wobec tajemnicy cierpienia. I pomóc dzieciom odkrywać możliwe interpretacje tej sytuacji (np. skąd w nas wiara w życie wieczne). Mieliście już takie rozmowy z waszymi dziećmi?
"Cierpiał, a my nie potrafiliśmy mu po ludzku ulżyć"
Magda Urbańska: Tak, mieliśmy wielokrotnie. Gdy umierał mój teść i dziadek. Potem, gdy wszyscy modlili się o uzdrowienie mojej mamy, a ona też odeszła. Ostatnio, gdy mój tata wylądował na OIOM, ten temat wrócił. Uważam, że nic nie nauczyło mnie tak głęboko patrzeć na śmierć jak rozmowy z moimi dziećmi. Mówią, co myślą, i szczerze wyrażają to, co czują. Zadają pytania wprost.
Pamiętam taki czas po śmierci mojej mamy, gdy mój wówczas 9-letni syn bardzo zamknął się w sobie. Cierpiał, a my nie potrafiliśmy mu po ludzku ulżyć. Pamiętam jedno szczególne kazanie, 2 listopada. Ksiądz na Mszy dla dzieci opowiadał o śmierci swojej babci, o tym jak był na nią zły, gdy odeszła i o tym, jak zapamiętał jej pogrzeb. Słuchałam tego przerażona, widząc jak syn siedzący obok mnie się spina. Przeżywał to kazanie wiele dni… Później jednak stało się coś, czego się nie spodziewałam. W modlitwie powiedział do babci, że pozwala jej odejść, że tęskni, ale jeszcze się spotkają. To jest dla mnie tak mocne doświadczenie, że chyba zostanie ze mną do końca życia. Choć myślę, że wbrew pozorom ta boleść jest dla nas nie tylko o fizycznym odejściu.
Gdy wiara nagle przestaje być oczywista
Agata Rusek: Myślę, że ta szósta boleść Maryi może być też pięknym zaproszeniem do refleksji dla wszystkich rodziców, którzy, patrząc na swoje dziecko, widzą, że coś w nim zgasło. Na przykład to, że wiara, która kiedyś była tak naturalna jak oddychanie, nagle przestaje być oczywista. I ma się wrażenie, że od strony duchowej dziecko jest gdzieś bardzo daleko.
Mam przed oczami zaprzyjaźnioną mamę, piękną, głęboko wierzącą osobę, której dorosłe dziecko dokonało apostazji. Dla mnie ta scena jest też właśnie o tym. Ta mama trwa przy swoim dziecku, kocha je ogromnie, a jednocześnie - jak sama przyznaje - ma poczucie, że w nim życie duchowe definitywnie umarło. Często wspomina, że kiedy są razem w domu, kiedy rozmawiają, kiedy są po prostu przy sobie, ona ma świadomość, że każdy jej gest wiary, każde dotknięcie ręki z błogosławieństwem (nawet w myślach!) jest jak dotykanie trupa, bo ze strony tego dziecka każdy kontakt z wierzącym sercem swojej mamy wywołuje lodowaty chłód i kompletny brak żywej reakcji. Taka bezduszna, martwa obojętność.
Patrzę na Maryję z ciałem Syna i widzę tę ogromną bezradność tej mamy, która przez całe życie dziecka robiła wszystko, co w jej mocy, by dać mu życie i pozwolić rozwijać je w duchowym wymiarze: opatrywała różne rany, rozmawiała, modliła się, tłumaczyła tajemnice wiary, a tu nagle okazuje się, że nie ma co naprawiać. Teraz można tylko być. I ona jest. Fizycznie próbuje być, trzymać w ramionach tyle, ile może i ogrzewać je ciepłem swojej niezachwianej miłości.
Zobacz poprzednie odcinki cyklu:
- "Czasem lekarze byli dla mnie Symeonami". Trudna diagnoza i świat, który się wali
- Mąż cię budzi i mówi: szybko, zbieraj się, musimy uciekać. Chcą zabić nasze dziecko
- Nastolatek często ginie rodzicom w wirtualnym świecie. Jak nie zgubić go na zawsze?
- Najtrudniejsze są chwile, gdy twoje dziecko cierpi, a ty nie możesz zrobić nic
- Śmierć planów i oczekiwań to część rodzicielstwa. I trzeba te straty opłakać


Skomentuj artykuł