Czy umiesz cieszyć się owocami swoich działań?
Fot. Depositphotos
W ramach porządków noworocznych w komputerze trafiłam na swój niedokończony tekst z wakacji. Uśmiechnęłam się do siebie, wspominając okoliczności, w jakich zaczęłam go pisać. Bezpośrednią inspiracją do jego napisania były bowiem plony z naszego ogródka warzywnego. Rachityczne, mizerne i z całą pewnością nie „instagramowe”. Opis mikrusowych, nadżartych przez ślimaki i niezbyt oszałamiających pod względem wolumenu zbiorów, zakończyłam pytaniem: „Czy potrafisz cieszyć się owocami swoich wysiłków?”. Jakże ono wydało mi się aktualne dziś, w styczniu, u progu nowego roku.
Nie jestem team „postanowienia noworoczne” ani „nowy rok, nowa ja”, ale jednocześnie bardzo lubię ten moment dziwnego około świątecznego zawieszenia codziennej bieżączki (24 grudnia - 6 stycznia), który pozwala złapać oddech i z niejakiego dystansu zerknąć na to, co za mną, a co przede mną. Rozglądając się zatem po swoim życiu, od kilku tygodni chodzę i nasłuchuję, co tam Góra mi sugeruje. W ubiegłym roku, mniej więcej o tej samej porze, na różne sposoby i różnymi kanałami mówiła dość często i wyraźnie: „Bój się i rób”. A ja - posłuszna wewnętrznym natchnieniom - odważyłam się zrobić rzeczy, których bym się nie spodziewała! I co? I nic.
Rachityczne wyniki, mikrusowe wpływy, niewielu ludzi, którym moja praca, podejmowane wysiłki czy realizowane marzenia pomogły. Patrzę na wszystko, co - w ludzkim mniemaniu - osiągnęłam w minionym roku i uśmiecham się z czułością. Niewielkie, nie instagramowe, momentami, muszę przyznać, że nawet niezjadliwe te owoce … Ale jednak są! I widzę w nich nie tylko moje zaangażowanie, determinację i wysiłki, lecz także wyraźne Boże towarzyszenie. Czy potrafię się nimi ucieszyć? Nawet jeśli nie są one takie, jakich oczekiwałam? O jakich marzyłam?
Im dłużej przyglądam się minionym miesiącom, tym głębszą radość i wdzięczność czuję. Ale nie jest też tak, że zupełnie obojętne mi jest poczucie rozczarowania czy zwątpienia. Pojawiają się pytania: „Co dalej?” i „Gdzie mnie widzisz, Boże, w tym roku?”. Przyznam nawet, że z niejaką obawą nasłuchuję, czy aby przypadkiem nie usłyszę: „No, właśnie tu gdzie jesteś. Tu cię chcę i ani kroku dalej”. Ten podskórny lęk pokazuje mi jasno, że sidła porównywania się złapały i mnie w pułapkę.
Cieszę się jednak, że mam w sobie tyle dojrzałości duchowej, by potraktować ten stan, jak … świąteczne spotkanie przy stole. Takie, podczas którego mamy okazję spędzić czas i z tymi, z którymi to czysta radość, jak i z tymi, z którymi nam trudno. W centrum stoi krzyż i świeca. Chwała Bogu, widzę to światło jasno i wyraźnie, dzięki czemu łatwiej mi zachować pokój serca i sycić wzrok nadzieją płynącą z tej Obecności. Wiem, Kto ma być w centrum moich myśli i zachowań, a to jest najważniejsze. Nawet gdy zgryźliwy tandem - wujek Rozczarowanie i ciocia Zwątpienie - raz po raz punktuje to i owo.
Jak więc cieszyć się owocami? Po pierwsze, szczerze i z uśmiechem. Jeszcze nikt - no może poza kultowym „królem” Julianem z „Madagaskaru” (kojarzycie? To ten od „wyginam śmiało ciało”) - nie doświadczył głębokiej radości i satysfakcji, karmiąc się kłamstwami i nazywając maleńką eko marchewkę Gwarantem Bezpieczeństwa Żywieniowego Całej Populacji Królików w Polsce. Ale już serdeczna i czuła autoironia może wydatnie pomóc w radzeniu sobie z tym, że życie rzadko kiedy jest bajką i frustracje w odniesieniu do podejmowanych wysiłków prędzej czy później mogą nam dać tak po prostu w kość.
Po drugie, zawsze warto cieszyć się niespiesznie i w doborowym gronie. Pan Bóg nie przypadkowo wszedł w czas człowieka i w niesłychaną bliskość z ludźmi. Wśród tych, którzy dość dobrze Go znają, nie bez powodu ma ksywę „Fan procesu” i „Miłośnik relacji”. Żeby celebrować, ucieszyć się czymkolwiek, to trzeba na to coś najpierw czas „poświęcić”, a potem zarezerwować równie wydatny czas na smakowanie owoców swoich wysiłków. Obawiam się, że „sylwestrówka” niekoniecznie może wystarczyć, by z głowy do serca (albo odwrotnie!) dotarła radość z tego, co już za nami. Zwłaszcza jeśli nie jesteśmy typem ludzi, którzy na świat i siebie patrzą przez różowe okulary. Tu jednak doborowe towarzystwo - ludzi mądrych, życzliwych i znających cię od różnych stron - może pomóc zauważyć i nazwać to, co nie rzuca się bezpośrednio w oczy. Może to kochający mąż, wrażliwa córka albo bliski przyjaciel powie ci: „Ale zobacz, może tych pomidorów nie starczy na 10 słoików ketchupu, ale ilu kanapkom nadadzą one niepowtarzalnego smaku!”. Albo zwróci twoją uwagę na jakiś nie oczywisty fakt: "owoce mizerne, ale ile nowej wiedzy masz w głowie!".
Więc po trzecie, wszelkie owoce cieszą, gdy widzimy je w perspektywie. Media i smartfonoza spłyciły nasze umiejętności analityczne i wnikliwość w obserwacji rzeczywistości, która jest dynamiczna i w swej sieci przyczyn, skutków i konsekwencji - tak po prostu skomplikowana. Kiedy jednak weźmiemy oddech i zaczniemy patrzeć szerzej i głębiej zobaczymy znacznie więcej. Wszystkie pokonane trudności i niesprzyjające okoliczności, tych, co nas w drodze wspierali i tych, którzy z tego, co zebraliśmy, będą korzystać. Ten obraz może przynieść nam o wiele głębszą satysfakcję niż sam efekt podjętych przez nas wysiłków.
A po co to całe przyglądanie i świętowanie owoców mijających dwunastu miesięcy? Po to, byśmy nie dali się zarazić ślepocie na dobro i nie wnieśli w 2026 wirusa niewdzięczności. Po to, byśmy zauważyli i nazwali to, co przyniosło korzyści nam, naszym bliskim i bliźnim i po to, byśmy - kierowani Duchem Świętym - podejmowali mądre i rozsądne decyzje, jak przeżywać każdy kolejny dzień nowego roku. Sama uważnie nasłuchuję i zdaje mi się, że słyszę już Słowo, które Pan Bóg daje mi jako drogowskaz na najbliższe miesiące. Ale poczekam jeszcze chwilę, podziwiając w ciszy owoce tego, gdzie mnie doprowadził i adorując ten niesamowity fakt, że dla mnie i dla ciebie się wcielił. Przecież wiem, że nie mam czasu. Czas ma Pan Bóg. On go stworzył. I ten rok nie będzie ani „mój”, ani „twój”, ani nawet „nasz”. Tylko Jego. Bo do Boga należy ziemia i to, co ją napełnia, świat i jego mieszkańcy (Ps 24,1).
Rachityczne wyniki, mikrusowe wpływy, niewielu ludzi, którym moja praca, podejmowane wysiłki czy realizowane marzenia pomogły. Patrzę na wszystko, co - w ludzkim mniemaniu - osiągnęłam w minionym roku i uśmiecham się z czułością. Niewielkie, nie instagramowe, momentami, muszę przyznać, że nawet niezjadliwe te owoce … Ale jednak są! I widzę w nich nie tylko moje zaangażowanie, determinację i wysiłki, lecz także wyraźne Boże towarzyszenie. Czy potrafię się nimi ucieszyć? Nawet jeśli nie są one takie, jakich oczekiwałam? O jakich marzyłam?
Im dłużej przyglądam się minionym miesiącom, tym głębszą radość i wdzięczność czuję. Ale nie jest też tak, że zupełnie obojętne mi jest poczucie rozczarowania czy zwątpienia. Pojawiają się pytania: „Co dalej?” i „Gdzie mnie widzisz, Boże, w tym roku?”. Przyznam nawet, że z niejaką obawą nasłuchuję, czy aby przypadkiem nie usłyszę: „No, właśnie tu gdzie jesteś. Tu cię chcę i ani kroku dalej”. Ten podskórny lęk pokazuje mi jasno, że sidła porównywania się złapały i mnie w pułapkę.
Cieszę się jednak, że mam w sobie tyle dojrzałości duchowej, by potraktować ten stan, jak … świąteczne spotkanie przy stole. Takie, podczas którego mamy okazję spędzić czas i z tymi, z którymi to czysta radość, jak i z tymi, z którymi nam trudno. W centrum stoi krzyż i świeca. Chwała Bogu, widzę to światło jasno i wyraźnie, dzięki czemu łatwiej mi zachować pokój serca i sycić wzrok nadzieją płynącą z tej Obecności. Wiem, Kto ma być w centrum moich myśli i zachowań, a to jest najważniejsze. Nawet gdy zgryźliwy tandem - wujek Rozczarowanie i ciocia Zwątpienie - raz po raz punktuje to i owo.
Jak więc cieszyć się owocami? Po pierwsze, szczerze i z uśmiechem. Jeszcze nikt - no może poza kultowym „królem” Julianem z „Madagaskaru” (kojarzycie? To ten od „wyginam śmiało ciało”) - nie doświadczył głębokiej radości i satysfakcji, karmiąc się kłamstwami i nazywając maleńką eko marchewkę Gwarantem Bezpieczeństwa Żywieniowego Całej Populacji Królików w Polsce. Ale już serdeczna i czuła autoironia może wydatnie pomóc w radzeniu sobie z tym, że życie rzadko kiedy jest bajką i frustracje w odniesieniu do podejmowanych wysiłków prędzej czy później mogą nam dać tak po prostu w kość.
Po drugie, zawsze warto cieszyć się niespiesznie i w doborowym gronie. Pan Bóg nie przypadkowo wszedł w czas człowieka i w niesłychaną bliskość z ludźmi. Wśród tych, którzy dość dobrze Go znają, nie bez powodu ma ksywę „Fan procesu” i „Miłośnik relacji”. Żeby celebrować, ucieszyć się czymkolwiek, to trzeba na to coś najpierw czas „poświęcić”, a potem zarezerwować równie wydatny czas na smakowanie owoców swoich wysiłków. Obawiam się, że „sylwestrówka” niekoniecznie może wystarczyć, by z głowy do serca (albo odwrotnie!) dotarła radość z tego, co już za nami. Zwłaszcza jeśli nie jesteśmy typem ludzi, którzy na świat i siebie patrzą przez różowe okulary. Tu jednak doborowe towarzystwo - ludzi mądrych, życzliwych i znających cię od różnych stron - może pomóc zauważyć i nazwać to, co nie rzuca się bezpośrednio w oczy. Może to kochający mąż, wrażliwa córka albo bliski przyjaciel powie ci: „Ale zobacz, może tych pomidorów nie starczy na 10 słoików ketchupu, ale ilu kanapkom nadadzą one niepowtarzalnego smaku!”. Albo zwróci twoją uwagę na jakiś nie oczywisty fakt: "owoce mizerne, ale ile nowej wiedzy masz w głowie!".
Więc po trzecie, wszelkie owoce cieszą, gdy widzimy je w perspektywie. Media i smartfonoza spłyciły nasze umiejętności analityczne i wnikliwość w obserwacji rzeczywistości, która jest dynamiczna i w swej sieci przyczyn, skutków i konsekwencji - tak po prostu skomplikowana. Kiedy jednak weźmiemy oddech i zaczniemy patrzeć szerzej i głębiej zobaczymy znacznie więcej. Wszystkie pokonane trudności i niesprzyjające okoliczności, tych, co nas w drodze wspierali i tych, którzy z tego, co zebraliśmy, będą korzystać. Ten obraz może przynieść nam o wiele głębszą satysfakcję niż sam efekt podjętych przez nas wysiłków.
A po co to całe przyglądanie i świętowanie owoców mijających dwunastu miesięcy? Po to, byśmy nie dali się zarazić ślepocie na dobro i nie wnieśli w 2026 wirusa niewdzięczności. Po to, byśmy zauważyli i nazwali to, co przyniosło korzyści nam, naszym bliskim i bliźnim i po to, byśmy - kierowani Duchem Świętym - podejmowali mądre i rozsądne decyzje, jak przeżywać każdy kolejny dzień nowego roku. Sama uważnie nasłuchuję i zdaje mi się, że słyszę już Słowo, które Pan Bóg daje mi jako drogowskaz na najbliższe miesiące. Ale poczekam jeszcze chwilę, podziwiając w ciszy owoce tego, gdzie mnie doprowadził i adorując ten niesamowity fakt, że dla mnie i dla ciebie się wcielił. Przecież wiem, że nie mam czasu. Czas ma Pan Bóg. On go stworzył. I ten rok nie będzie ani „mój”, ani „twój”, ani nawet „nasz”. Tylko Jego. Bo do Boga należy ziemia i to, co ją napełnia, świat i jego mieszkańcy (Ps 24,1).
Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.


Skomentuj artykuł