Smartfon jest zaprojektowany tak, by człowiek czuł się pępkiem świata. Co technologia robi z doświadczeniem Boga?
- Technologia jest zaprojektowana tak, by człowiek czuł się pępkiem świata. I bardzo wciąga. To nie pomaga w życiu wiarą - mówi Agata Rusek. - Czy jakakolwiek technologia pomaga mi dziś wzrastać, stawać się lepszą? Powiem szczerze: nie. Przykład? Codziennie rano modlę się Słowem z dnia. Korzystając z treści czytań z telefonu, strasznie się rozpraszałam. Gdy kupiłam papierową wersję czytań, ten problem się skończył - dodaje Magda Urbańska.
Czy technologia i świętość kłócą się ze sobą? Czy jeszcze w ogóle zastanawiamy się, czym jest świętość? Co nam robi życie w ciągłym rozproszeniu uwagi, jak wpływa na dostrzeganie Bożej obecności? O tym w kolejnym odcinku naszej piątkowej serii rozmawiają Magda Urbańska i Agata Rusek.
Magda Urbańska: Gdy słyszę hasło “technologia a świętość” to od razu pojawia się we mnie zadziwiająca myśl. Wiem, czym jest technologia, z czym mi się jednoznacznie kojarzy, bo smartfon w mojej ręce jest czymś bardzo namacalnym. A świętość? Czym ona jest? Czy jest jakiś jej uniwersalny wyznacznik, który można podpiąć i do mnie i do ciebie? Jak w ogóle ją uchwycić? Kiedy już się zaczyna świętość, a kiedy nie? Co o tym myślisz?
Agata Rusek: Myślę, że zdecydowanie zbyt mało się nad tym w dzisiejszym Kościele zastanawiamy. Przynajmniej my, ci “zwykli” wierni, którzy niekoniecznie nad teologicznymi meandrami siedzą dniami i nocami. Nie tak dawno rozmawiałam o tym z naszymi dziećmi przy stole. Jak dziś marzyć o niebie i życiu wiecznym? Jak pragnąć być dziś tym “typowym, Bożym freakiem”, jeśli nie będziemy się zastanawiać, czym jest dla nas, osobiście, świętość i czy jej w ogóle dla pragniemy dla siebie i swoich bliskich?
Magda Urbańska: Wiesz, zaczęłam od tego pytania o świętość, bo mam takie poczucie, że często sztucznie oddzielamy nasze życie duchowe od reszty codzienności. Tak jakby nasza relacja z Bogiem działa się tylko w kościele albo w chwilach modlitwy.
Agata Rusek: O to, to, to!
Świętość znaczy, że wiem, kim jestem i potrafię wsłuchać się w głos Boga
Magda Urbańska: Z drugiej strony nie mamy tego problemu, jeśli chodzi o korzystanie z technologii, która przenika całą naszą codzienność. Przecież korzystamy z telefonu przy stole, w toalecie, na spotkaniach z bliskimi, telefon wcina nam się też w modlitwę, jeśli go nie wyciszymy. A świętość jest cicha i nienachalna. I chyba dla mnie to jest klucz naszej dzisiejszej rozmowy - by technologia nie była dla nas przeszkodą, ale wsparciem w drodze do rozwoju. Świętość rozumiem jako pełną integralność, dojrzałość. Wiem, kim jestem, potrafię wsłuchać się w głos Boga, moją codzienność przenika Jego prowadzenie - więc dobro, miłość, radość, spełnienie.
Czy to się kłóci z technologią? Myślę, że niestety często tak, choć jeśli z tego gara pełnego różnych przypraw wyciągnąć te, które pomagają mi wzrastać, okaże się, że może być ona niezwykle pomocna. Jak wiesz, codziennie rano modlę się Słowem z dnia. Gdy zaczęłam robić to regularnie, zauważyłam, że korzystając z treści czytań z telefonu, strasznie się rozpraszam. Miałam w planach sięgnąć tylko do aplikacji z czytaniami, a finalnie odczytałam maila, odpowiedziałam dziecku na SMS i tak dalej. Gdy kupiłam papierową wersję czytań, ten problem się skończył. Widzę, jak dużo łatwiej jest mi się rano pomodlić, gdy przed sięgnięciem po telefon sięgam po Pismo Święte. To mi pokazało jednocześnie coś, o czym niby wiedziałam. Że telefon wciąga, powiadomienia są krzykliwe, nagłówki na Facebooku tak napisane, że zatrzymują wzrok i zachęcają by kliknąć. I zamiast modlić się Słowem, wsiąkałam na kwadrans w scrollowanie, nawet nie widząc tego, że straciłam czujność. A w tak głębokim rozproszeniu trudno usłyszeć to, co mówi do mnie Bóg.
Agata Rusek: Mam bardzo podobne doświadczenia. W te wakacje musiałam sporo podróżować i nie zabierałam ze sobą papierowych wydań Pisma Świętego i brewiarza, by oszczędzać miejsce. Uśmiechałam się nieraz pod nosem, że ta moja oszczędność to może i miejsce w bagażu mi dała, ale jednocześnie zapewniła bogactwo rozproszeń i trudności na modlitwie. Korzystanie z aplikacji biblijnej w telefonie jest wygodne, ale realnie wcale mi tak bardzo nie ułatwia spotkania z Panem Bogiem.
Ot, taki cyfrowy paradoks. Wróćmy jednak do naszej świętości. Wśród moich bliskich jestem znana z tego, że często (i to zupełnie serio) powtarzam, że moim marzeniem jest zostać świętą (św. Agatą od Jezusa Żartobliwego [śmiech]). I kiedy o tym mówię głośno w obcym środowisku, zawsze na początku pojawia się konsternacja. Ale jak to tak: “świętą”? Bo jest trochę tak, że w powszechnym mniemaniu świętość utożsamiamy nie tyle z pięknym, zwyczajnym, dobrym życiem w bliskości z Panem Bogiem, ile z “krwią, potem i męczeństwem”. Wydaje mi się, że taki mamy stereotypowo wpisany wzorzec świętości - jako coś heroicznego i idealnego.
Droga do świętości zmienia się w zależności od czasów, w których żyjemy
Trzeba trochę skupienia i przyjrzenia się w spokoju, by zauważyć, że droga do świętości od wieków jest drogą dynamiczną i korespondującą ze swoimi “czasami”. Popatrz, ile mieliśmy już form świętego życia w Kościele. Męczennicy. Ojcowie pustyni. Zakony żebracze. Mistyczki. Doktorzy Kościoła. Rekluzy. Małżeństwa. Rodziny. Konsekrowanych żyjących pełnią życia już tu na ziemi. Dziś przecież raz po raz ogłaszamy świętymi różnych ludzi, kapłanów, siostry zakonne czy świeckich (Carlo Acutisa, Giannę Berettę Mollę, Chiarę Luce Badano). Świętość nie tyle zależy więc od jakichś utartych, z góry zatwierdzonych praktyk ascetycznych, ale od życia, które albo przeżywasz świadomie, szukając Pana Boga i dokładając wszelkich starań, by żyć zgodnie z Jego wolą, albo nie.
Świętość zaczyna mniej więcej w tym momencie, w którym przestajesz być centrum własnego życia duchowego i oddajesz tron Panu Bogu. Co w naszych czasach - gdy technologia ani nas do myślenia o Panu Bogu za bardzo nie zachęca, za to projektowana jest tak, by człowiek czuł się pępkiem świata - przyznasz, okazuje się niemałym wyzwaniem [śmiech].
Magda Urbańska: Gdybym zadała sobie pytanie, tak zupełnie szczerze i wprost, czy jakakolwiek technologia pomaga mi dziś wzrastać, dojrzewać, stawać się po prostu lepszą (po katolicku: praktykować cnoty [śmiech]) - to musiałabym odpowiedzieć, że nie. Moje życie duchowe rozwija się poza tą sferą. Sakramenty, rozmowy, spotkania wspólnoty, lektury duchowe - wszystko to jest dostępne na żywo. Ale pamiętam czas kwarantanny, gdy transmisja z kościoła była jedyną opcją, by uczestniczyć w Mszy świętej. Dziś myślę o tym tak, że mam ogromne szczęście, że żyję w takim, a nie innym środowisku, że mam wielu wierzących ludzi wokół siebie. Jednocześnie wiem, że są ludzie, dla których jedyne sensowne treści duchowe dostępne są online - z powodu choroby, początków macierzyństwa itd. Jasne, nic nie zastąpi sakramentów, myślę, że tego tłumaczyć nie trzeba. Ale poza sakramentami Kościół daje nam niesamowicie dużo możliwości wzrastania do świętości, a część z nich dostępna jest właśnie dzięki technologii - choćby łatwego dostępu do YouTube. Choć sama z nich dziś nie korzystam, nie przekreślałabym ich tak łatwo…
Agata Rusek: No cóż, ja ostatnio bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że to, co mi technologia niewątpliwie daje, to naprawdę imponującą liczbę okazji do upadku. Bo zobacz: choćby ten smartfon w ręku bardzo często sprawia, że staję się niewolnikiem (urządzenia, czyichś przekonań, opinii); uderza w moją zdolność kochania, gdy tak skutecznie znieczula mnie na zło; wspierając rozproszenia, popycha do ignorowania Bożego głosu. Generalnie technologia skutecznie uwodzi nas, ludzkość, ku przekonaniu, że jesteśmy w stanie nad wszystkim zapanować i “wiemy lepiej”. Mogę siedzieć i wymieniać.
Tam, gdzie technologia wywołuje bezsilność, pojawia się szansa, by oddać Bogu stery
Przy czym nie byłabym sobą, gdybym nie doszukała się w tej perspektywie Nieba - bo z drugiej strony to całkiem niezła sytuacja duchowa. Prędzej czy później daje szansę bardzo dogłębnie doświadczyć własnej słabości i niemocy, a wiadomo, że tam gdzie bezsilność, tam szansa, by wreszcie oddać Bogu stery i uznać, że jak On nie wejdzie ze swoimi darami, łaską i mocą, to nikt inny nie da rady [śmiech]. A tak poważnie - to jasne, że technologia może pomagać rozwijać w nas życie duchowe, zwłaszcza w takich trudnych sytuacjach, jak choroby, wymagający niemowlak na pokładzie, wypadki. Przy czym, jak z każdym narzędziem, trzeba ją użytkować z głową. My chyba wciąż jesteśmy w głębokiej fazie “zachłyśnięcia” możliwościami, w której łatwo przychodzi ignorowanie negatywnych symptomów. Znam wiele osób, które wolą posłuchać kolejnego charyzmatycznego kapłana online, a nie sięgną same do Pisma Świętego ani nie pójdą na Mszę i będą święcie przekonane, że tak jest dla ich życia duchowego zdecydowanie lepiej. Ale wtedy łatwo stracić z oczu to, że Pan Jezus wzywa nas do prawdziwego życia we wspólnocie z innymi ludźmi. Z ludźmi z krwi i kości. Technologia bardzo często potrafi nam na tę perspektywę zakłócić.
Magda Urbańska: Bo cały ten technologiczny świat to nie tylko wciągające nagłówki i migający ekran, ale też konkretne wartości. Kup, zobacz, przyjmij jako swoje. Trochę tak to widzę, bo świadomie odcinając się od pewnych treści czy przebodźcowania, doświadczam większego spokoju i pokoju serca. Nie oszukujmy się - jesteśmy tym, co konsumujemy. Jeśli ciągle nas coś bombarduje treściami, nie usłyszymy własnego serca, a co za tym idzie - nie będziemy mieli przestrzeni na to, żeby spotkać się z Bogiem, samym sobą, żeby naprawdę usłyszeć drugiego człowieka. To nie działa tak, że odłożę telefon czy wyłączę telewizor i w tej samej chwili mogę się skupić na głębokiej kontemplacji. To nie jest fizycznie wykonalne, nasz mózg potrzebuje dłuższej chwili na przejście z jednego stanu, tego głębokiego rozproszenia, do drugiego, w którym zwalniamy, słyszymy, czujemy. Czy technologia może nam pomóc w drodze do świętości? No słabo to widzę [śmiech]
Technologia uczy nas, że wszędzie jest haczyk, nie ma nic za darmo
Agata Rusek: Właśnie! Ale dotknęłaś tu ważnego wątku wartości. Ostatnio dużo myślę o tym, jak fundamentalnie różne jest doświadczenie zanurzenia w logice współczesnej technologii od doświadczania zanurzenia w praktykach wiary. Chodzi mi dokładnie o to, że w internecie nic nie jest za darmo. Wszystko ma cenę, tylko czasem płacisz nie tyle pieniędzmi, co uwagą, danymi, czasem, wizerunkiem swoim i swoich dzieci. Darmowa aplikacja ma cennik, tylko schowany. Darmowy okres próbny kończy się subskrypcją. Darmowa treść prędzej czy później kończy się reklamą. Darmowe konto kończy się tym, że twoje zdjęcia trenują AI. Ta logika gruntuje w nas pewne przeświadczenie: nic nie ma za darmo, wszędzie jest haczyk, szukaj, czego od ciebie chcą. I to - paradoksalnie - może utrudniać współczesnemu człowiekowi przeżywanie wiary. Bo jak tu przyjąć, zrozumieć, zaufać, że w relacji z Panem Bogiem wszystko opiera się na łasce? Na tym, że Jego Miłość jest bezcennym, danym nam za darmo darem? Za darmo i bez warunków!
Magda Urbańska: Rzeczywiście trudno nam przyjąć to, że Bóg kocha nas tak po prostu i że nic tej miłości nie zmieni. Nie byłabym sobą, gdybym tego, co nam daje technologia, nie porównała do sakramentu spowiedzi [śmiech]. Przecież to właśnie w konfesjonale Bóg zabiera cały nasz brud, grzech i niemoc i daje nowe serce, nowe życie. Za darmo, bez ukrytych opłat. Subskrypcja też za free, ale bez dostępności on line. Wymowne, prawda?
Agata Rusek: Nie daje mi spokoju jeszcze jedno wyzwanie, które widzę bardzo wyraźnie. Internetowa przestrzeń pełna jest bardzo wpływowych ludzi - takich marek, postaci, kreacji, które gromadzą rzesze audytorium i realnie wpływają na ludzkie wybory i zachowania. Czasem zastanawiam się, czy Jezus - z Jego niewygodnym przekazem i idącą w poprzek wszystkiego dobrą nowiną - miałby szansę stać się prawdziwym influencerem [śmiech]. Bo widzisz, mnie to nieustannie zadziwia, jak łatwo w internetach niosą się patologiczne treści, a jak trudno przebić się tym, którzy mówią rzeczy wartościowe, ale wymagające.
Magda Urbańska: Aż mi się przypomniał teraz Twój ostatni felieton o muzyce Skolima [śmiech]. Tak, Jezus nie dostałby dziś zbyt wielu lajków. Dlatego wrócę do tego, co bardzo często pojawia się w naszych rozmowach: ważne jest rozeznawanie i codzienny rachunek sumienia. Oczywiście najlepiej ignacjański [śmiech]. Prawda jest taka, że to właśnie ta modlitwa zmusza do zatrzymania, wyciszenia i zobaczenia, jak i kiedy mówi do mnie Bóg, a jeśli Go nie słyszę - to czy przypadkiem nie jest to efekt przebodźcowania treściami niskich lotów. Wybór należy do nas, zawsze. Warto podejmować go świadomie. A za tydzień pogadamy o temacie, który pewnie rozgrzeje ona niejedno macierzyńskie serce: o kobietach powracających na rynek pracy, na którym chatbot siedzi przy biurku. Może być ciekawie, prawda?
Agata Rusek: Zapraszamy!
Przeczytaj poprzednie rozmowy:
- "Autentyczność się nie niesie". Katoliczki o presji i sile social mediów
- Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci
- Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom
- Bez wad, bez wątpliwości i w sukience. Mit prefekcyjnej katoliczki
- Ile swojej wiary można pokazać w sieci? "Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów"
- Jak wychować dziecko w erze TikToka? Złości mnie, gdy słyszę: "Może telefony niszczą dzieciństwo, ale nic już z tym nie zrobimy"
- Gdy dziecko staje się contentem. Co robią w sieci matki i jak się to odbija na prywatności dzieci?
- Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów
- Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?
- Czy z tego, co robimy w internecie, też trzeba się spowiadać?
- "To ja przychodzę do telefonu, nie on do mnie". Jak odzyskać kontrolę nad swoją uwagą?
- Google wie o tobie więcej niż twój spowiednik
- Aplikacja albo wykluczenie. Czy jeszcze naprawdę mamy wybór?
- Czy internet zabiera nam zdolność do zachwytu?
- Czasem lepiej nic nie mówić. Dlaczego milczenie może być formą miłości?
- W szukaniu odpowiedzi o wiarę wyręcza nas sztuczna inteligencja. To o krok od katastrofy


Skomentuj artykuł