Nowe zasady organizowania nauki religii w publicznych szkołach i przedszkolach nie wzbudziły w Polsce powszechnych protestów. Jeśli wejdą w życie, spowodują większe zmiany w funkcjonowaniu Kościoła, niż może się wydawać.
Dobrze znamy opowiadanie o. Anthony’ego de Mello SJ, zatytułowane: „Szczęście, nieszczęście, kto wie?”. Kiedy doświadczamy słabości, choroby, ulegamy jakiemuś wypadkowi, najpierw myślimy o nieszczęściu. A kiedy unikamy jakiejś katastrofy, zdrowiejemy z ‘nieuleczalnej’ choroby, mówimy o wielkim szczęściu. Takich zdarzeń, pytań i przeżyć z nimi związanych każdy może znaleźć wiele. Jak na nie patrzeć?
Przyznam, że wizyta duszpasterska coraz bardziej budzi we mnie mieszane uczucia. I czuję, że pora już przemyśleć formę i cel takiego składania wizyt parafianom, jakie wyewoluowało zwłaszcza w dużych miastach.
Czy Matka Boska Częstochowska, która jak śpiewamy w popularnej pieśni jest w Polsce od ponad 600 lat, spakuje walizki i nas opuści? Do postawienia tego dość prowokacyjnego pytania skłonił mnie szeroko kolportowany w ostatnim czasie w mediach społecznościowych wizerunek Madonny, która – mniej więcej w połowie – wyszła już z obrazu, pozostawiając puste ramy. Autor ikony – Borys Fiodorowicz – zatytułował ją tak: „Sorry, Polsko”.
Czy Kościół to monumentalna budowla z krzyżem na wieży, czy raczej żywa wspólnota ludzi? Coraz częściej Eucharystia gromadzi wiernych w nietypowych miejscach – w salach konferencyjnych czy nawet salonach samochodowych. Tam, gdzie ludzie karmią się Słowem Bożym i chlebem Eucharystycznym, tworzy się wspólnota wiary, solidarności i miłości, niezależnie od otaczających murów.
W Kościele zaczął się czas zwykły. Duchowa mobilizacja adwentu za nami, radosny okres Bożego Narodzenia również. Ludzie żyjący dalej od Kościoła być może nie zauważą tej zmiany wcale, ci bliżsi zaczną kojarzyć, gdy drugiego lutego znikną z kościołów bożonarodzeniowe dekoracje i organiści przestaną śpiewać kolędy. Łatwe przejście, dla większości wręcz nieodczuwalne.
W minioną niedzielę proboszcz naszej parafii robił tradycyjne podsumowanie minionego roku i wizyt kolędowych. W pewnym momencie, dziękując rodzicom za ich obecność z dziećmi w kościele, stwierdził, że w tym kontekście warto byśmy pamiętali, że księża i siostry zakonne nie spadają z nieba, a wyrastają z konkretnego, wierzącego otoczenia.
Jestem z Rakowa. Urodziłem się tutaj i wychowałem. Stadion na Limanowskiego to moje dzieciństwo. Od podstawówki chodziłem na mecze, na trybunach krzyczałem to, co wszyscy i nie pałałem szczególną miłością do Widzewa… Raków to trzydzieści trzy lata mojego życia. Rozumiem bardzo dobrze kibicowską wspólnotę, miłość do klubu i tę niezwykłą jedność oraz poczucie sensu płynące z przynależności do grupy. Dlatego dziś, jak kibic do kibiców, chciałbym napisać do was kilka słów o tym, co sądzę o ostatnich wydarzeniach na Jasnej Górze i dlaczego – jako kibica – napełniają mnie one niepokojem.
Od prawie dwudziestu lat problem kapłaństwa i homoseksualizmu wydawał się ostatecznie rozwiązany. Okazało się jednak, że nie według wszystkich.
Świat został stworzony dla całej ludzkiej rodziny. Dobra tej ziemi, np. powietrze, woda, pożywienie, środowisko naturalne mają służyć wszystkim. Dzisiaj jednak, jesteśmy podzieleni i skonfliktowani, jak nigdy dotąd. Trudno znaleźć jakąkolwiek instytucję międzynarodową, zdolną do promowania pojednania i łączącą poszczególne strony porozdzierane różnorakimi ‘konfliktami interesów’, nie mówiąc już o tworzeniu klimatu porozumienia i współpracy dla dobra całej społeczności ludzkiej. Idziemy ku katastrofie?
Muszę się przyznać: nie mam przekonania do ogłaszanych przez Kościół „roków” tematycznych. Od czasu, gdy naście lat temu odnotowałam ich istnienie mam wrażenie, że po szumnym zapowiedzeniu tematu roku następuje chwilowe wzmożenie przy produkcji materiałów duszpasterskich, z których nikt później za bardzo nie korzysta.
Mędrców ze Wschodu prowadziła gwiazda zwiastująca narodziny Mesjasza, początek Nowej Epoki. My często dajemy się prowadzić złudzeniom i lękom, tanim sensacjom i zmiennym nastrojom.
Od prawie trzech miesięcy sięgam codziennie - każdego poranka - do czytań, które daje nam Kościół na dany dzień. Od kilku lat praktykuję też świętowanie po spowiedzi, wszak to sakrament uzdrowienia. Jednym i drugim postanowiłam dzielić się w mediach społecznościowych i w obu przypadkach odzew ludzi przerósł moje najśmielsze oczekiwania.
Wynik wyborów w USA stworzył całkowicie nową sytuację dla świata, otwierając rok 2025 w niepewności nadchodzących zmian. Gros mediów promował Kamalę Harris, nie dając Trumpowi żadnych szans. Podobnie jak w 2020, kordony celebrytów wyrażały poparcie dla kandydatki, która zasłynęła z najgłupszych wypowiedzi w amerykańskiej historii wyborczej, okraszając swoją paplaninę śmiechem hieny (określenie z mediów amerykańskich).
Nie chcę deprecjonować tego mnóstwa wartościowych treści, które jesteśmy w stanie znaleźć w internecie. Ale jestem też głęboko przekonana, że największą siłę działania ma zwykłe-niezwykłe świadectwo konkretnego życia ludzi, o których prywatnym życiu wiemy więcej, niż o codzienności wspaniałych mentorów z sieci.
Nie dajcie się na to nabrać. Nie dajcie sobie wyprać mózgów ludziom, którzy was nie znają i którym na was nie zależy. Sprawca nie jest zbiorowy. To konkretny człowiek, który popełnił przestępstwo i powinien za nie odpowiedzieć karnie. To nie żaden „ukr”, czy „ciapaty”. Wasz strach przed innością może wydawać się uzasadniony, ale niestety ma on tendencję do przechodzenia w ciasny i wybiórczy nacjonalizm, który stopniowo, ale systematycznie ewoluuje, dochodząc do etapu, gdy odmawia się „innym” jakichkolwiek praw. Historia wielokrotnie pokazała, że końcową fazą tego tragicznego ludzkiego upadku jest koszmar przemocy i terroru. Zatrzymajmy się, gdy jeszcze można.
Od lat słychać w Polsce biadolenie, że tracą popularność utarte formy pobożności ludowej, takie jak nabożeństwa majowe i różańcowe. A przecież rodzą się nowe jej przejawy, które mówią wiele o Kościele w Polsce.
Żyjemy w świecie wielokulturowym, często podzielonym i z trudem szukającym wspólnych mianowników. Czasami to jest spore wyzwanie, ale inaczej nie będzie. Migracja, emigracja różnie nam się kojarzą. Poruszają bardzo delikatne struny naszego życia osobistego, rodzinnego, a nawet narodowego oraz pokazują kim tak naprawdę jesteśmy jako ludzie.
Piszę ten tekst z mojej małej perspektywy: nie jak owca do pasterzy, ale jak kobieta do mężczyzn, teolog do teologów, siostra do braci, z racji wieku – może też córka do ojców. Piszę z miłości do Kościoła. Po to, żeby ten rok był inny, dlatego, że wiem, iż pewnych rzeczy nie usłyszycie od ludzi, którzy powinni wam je powiedzieć.
Przełom roku to czas szczególny. Z jednej strony spojrzenia wstecz i podsumowań, a z drugiej wybiegania w przyszłość i snucia planów. Nie inaczej jest, kiedy myślimy o Kościele, tym powszechnym, globalnym, ale i tym krajowym, a nawet lokalnym. Co przeżyliśmy i jaki to dało rezultat, a co nas czeka? Spójrzmy!
{{ article.description }}