Nie ma się co łudzić co do tego, że leżąc w szpitalnym łóżku czy siedząc w fotelu papież podejmuje jakiekolwiek decyzje. Kard. Parolin w rozmowie z „Corriere della Sera” napomknął, że poinformował papieża, że jest gotów spotkać się z nim w szpitalu, jeśli uzna to za konieczne, ale dodał: „jak dotąd nie było takiej potrzeby”. Dalej tłumaczył zaś, że obecnie lepiej jest, by papież „pozostawał pod ochroną i miał jak najmniej wizyt”. To zaś oznacza, że Watykan przeszedł de facto w stan hibernacji.
Trwająca agresja Rosji na Ukrainę skłania do licznych pytań, także dotyczących sfery religijnej i bezpośrednio Kościoła. Chodzi zarówno o osobiste decyzje wiary, jak i losy świata w nadchodzących dekadach.
Bardzo chcemy mieć kontrolę nad naszym życiem. Wydaje nam się, że to zależy od nas, od naszych wysiłków. A jednocześnie życie i wydarzenia są mało przewidywalne i nie panujemy nad nimi. Żyjemy rozczarowani i w poczuciu, że stajemy się ‘zabawką w rękach losu’. Walczą w nas ciągle dwa żywioły, porządku, poukładania i pewności a z drugiej strony przypadku, czasami łutu szczęścia albo pecha.
Czytam komunikaty dla mediów, publikowane na watykańskiej stronie. Dwa zdania z czwartku: „Noc minęła spokojnie. Papież wstał i zjadł śniadanie, usiadł w fotelu”. Dwa zdania z piątku: „Noc była dobra. Rano papież wstał i zjadł śniadanie”. Te proste zdania jakoś mnie poruszają, bo brzmią znajomo dla wszystkich, którzy mieli w szpitalu bliską osobę.
Dilexit nos, czyli encyklika „o miłości ludzkiej i Bożej Serca Jezusa Chrystusa”, to ostatni tak doniosły dokument, jaki podpisał papież Franciszek. Wobec kondycji, w jakiej obecnie znajduje się papież, całkiem zasadne wydaje się pytanie: czy jest to ostatnia z jego encyklik? A może: czy to w ogóle już ostatni dokument, jakie podpisał papież?
Kilka dni temu w ramach codziennego czytania Słowa, o którym pisaliśmy już tutaj, trafiłam na fragment z Pierwszego Czytania, z Księgi Rodzaju, który bardzo mocno we mnie pracuje od wielu dni. „Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież, gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną” – mówi Bóg do Kaina, chwilę przed tym, gdy ten zabił swojego brata… Od razu pojawiła się we mnie trochę buntownicza myśl – czy chrześcijanin musi być zawsze człowiekiem radosnym? Co to ma znaczyć?
Dlaczego to ważne, by codziennie ćwiczyć swój wzrok i uszy w wyczuleniu na błogosławieństwo? Syci, zabezpieczeni, w wygodnych, ciepłych mieszkankach prześlizgujemy się wzrokiem po tym, co mamy, przyjmując komfort i wygodę jako coś oczywistego. Można patrzeć i nie widzieć. Otoczeni cyfrowym hałasem często pozostajemy głusi na dobre historie, a uwikłani w komunikatorowe narracje powoli tracimy umiejętność nazywania i pielęgnowania wspomnień o tym, co ważne, budujące i inspirujące.
Najnowszy numer The Tablet [katolickiego tygodnika wydawanego z Londynie - przyp.red.] cytuje list jednego z czytelników, który proponuje poszerzyć czytania mszalne o teksty wybitnych autorów, których teksty są bliższe naszym czasom. Wśród propozycji wymienia Szekspira, Rohra i Mertona.
– W jaki sposób sztuka współczesna może przekazywać nadzieję, docierając do wrażliwych ludzkich miejsc? – pytał kard. José Tolentino de Mendonça, prefekt Dykasterii ds. Kultury i Edukacji. To ważne pytanie, lecz istotniejsze wydają się dzisiaj inne pytania. Te o relacje Kościoła i sztuki.
Jednym z największych pragnień współczesności jest chęć panowania nad wszystkim. Chcemy mieć poczucie, że to ‘ja’ decyduję, kieruję swoim życiem. To ja muszę wybierać i ostatecznie kształtować wszystko, co mnie dotyczy. Współczesny, bardzo kompetytywny rynek pracy wymaga od nas ciągłego dopasowywania się, natychmiastowości podejmowania decyzji i w pewnym sensie bezkompromisowości, wg zasady, że albo ja, albo ktoś inny, zwycięzca jest tylko jeden.
W dyskusji dotyczącej wykorzystywania seksualnego małoletnich w Kościele nieustannie widoczna jest pewna niecierpliwość. Z jednej strony bowiem Kościół opracował i wdrożył wiele programów prewencyjnych, z drugiej zaś poważnie zaczął podchodzić do wyjaśniania tego typu spraw i wyciągania konsekwencji wobec sprawców, a jednak wciąż zarzuca mu się, że robi to za wolno.
Kilka dni temu biskup włocławski wydał specjalny dokument, w którym przypomina księżom swojej diecezji o obowiązku noszenia sutanny lub koloratki. Nie zamierzam wcale dyskutować z biskupem, ale pobudził mnie tym do refleksji. Zastanawiam się: dlaczego nie napisał o obowiązku modlitwy? Pewnie z tym księża nie mają problemu. A dlaczego nie o świadectwie prostoty życia? Pewnie z tego samego powodu. Dlaczego właśnie o tzw. stroju duchownym? Pewnie dlatego, że z tym pośród księży jest kiepsko…
Zdjęcie przerąbanej siekierą książki noblistki Olgi Tokarczuk, twarz premiera rządu wtłoczona komputerowo w mundur esesmana, zakłócenie ciszy upamiętniającej ofiary przez polityka mającego poparcie setek tysięcy Polaków, nienawistne posty o migrantach i wulgarne komentarze o muzułmanach. Takie obrazki mignęły mi przed oczami, gdy przeglądałem ostatnio media społecznościowe.
"Miłość to nie pluszowy miś, ani kwiaty. To też nie diabeł rogaty" - jak śpiewał Happysad w utworze dość starym, bo z 2004 roku, pt. "Zanim pójdę". Nucę tę piosenkę od kilku dni, wprosiła się w moje myśli razem z początkiem Tygodnia Małżeństw i nie chce sobie pójść. Wraz z nią przychodzi też pewna refleksja.
Miniony weekend upłynął mi pod znakiem "spotkań małżeńskich", co nie miało bezpośrednio powiązania z programem trwającego XI. Tygodnia Małżeństwa, niemniej świetnie się wpisało w tę międzynarodową kampanię społeczną. Jestem głęboko przekonana, że w kreowaniu "echa" wokół tego typu inicjatyw, my, ludzie (z) Kościoła, powinniśmy się włączać całą mocą. Bo szczęście małżeńskie to nie jest coś, co się relacjom przytrafia, tylko coś nad czym się pracuje właściwie całe życie - niezależnie, czy jesteś w związku sakramentalnym, czy w cywilnym. A że trwałość i siła małżeńskiego węzła jest wciąż wysoko na liście ogólnoludzkich pragnień, to warto wykorzystywać każdą szansę, by pokazywać, jakie są chrześcijańskie patenty na realizację tych marzeń.
Jak powinien ubierać się ksiądz? To pytanie od kilku dni zadają sobie ludzie od prawa do lewa. Okazało się być frapujące do tego stopnia, że nawet poważni publicyści na serio zaczęli poszukiwać odpowiedzi.
Przez całe stulecia było oczywiste, że duchowni nie tylko mogą mieć poglądy polityczne, ale też czynnie politykę uprawiać. Dziś Kościół patrzy na sprawę inaczej. W tle problemu jest nie tylko wolność słowa.
Każdy z nas chce znać prawdę o sobie, swojej historii i sytuacji, ale też prawdę o świecie, w którym żyjemy. Dzisiaj mamy narzędzia do komunikacji i zdobywania wiedzy o jakich wcześniejszym pokoleniom się nie śniło. Czy umiemy z nich korzystać i dobrze nam służą? Odpowiedź mogłaby być zaiste ‘hamletowska’ – „oto jest pytanie!”.
Ostatnie dni przyniosły (jak zawsze) różne szokujące informacje. Wśród nich jest ta o niemal nagim występie żony Kayne Westa na czerwonym dywanie Grammy oraz druga - o proboszczu przyłapanym przez parafian na profilu randkowym w lateksowych gaciach, że o reszcie szczegółów nie wspomnę.
W żadnym wypadku nie twierdzę, że wspólnoty protestanckie w Polsce mają te same problemy, co Kościół katolicki. Ale wiara w to, że istnieją środowiska nieskazitelne, wolne od kompromitujących i niewygodnych faktów, jest wiarą naiwną. Szkoda, że niektórzy ich członkowie - być może nieświadomie - wykorzystują przychylność mediów, akcentując postrzeganie samych siebie jako pozytywnego "przeciwieństwa" innych.
{{ article.description }}