Kilka dni temu pokazano mi profil księdza opowiadającego, z czego powinno się spowiadać, a z czego nie. Zobaczyłem duchownego w koloratce na tle imponującej biblioteki. Mówił spokojnie, konkretnie, przekonująco. Tyle że… to nie był prawdziwy ksiądz, lecz wytwór sztucznej inteligencji.
Wybuchła kolejna wojna. Informacja przyszła jak wszystkie inne: czerwonym paskiem na portalu, feedem w social mediach zalanym kadrami z dronów wbijających się w wieżowce Dubaju, Kataru czy Kuwejtu i kolejnymi nazwiskami zabitych ludzi. Gdzieś daleko znowu z decyzji możnych tego świata rozpada się czyjś świat, a zaskakująco blisko ten dramat pojawia się i w naszym domu. Przy stole. I to niezależnie od tego, że ani nie mamy telewizora, ani nasze dzieci nie mają własnych smartfonów. Wojna w Ukrainie już nas o tym mocno przekonała - nie uchronisz dziś dziecka przed obrazami z frontu. Ale to nie znaczy, że jako rodzic, jesteś bezsilny.
Warto się zastanowić, dlaczego w czasach postępującej laicyzacji, właśnie Żywy Różaniec wciąż znajduje licznych uczestników w Polsce. Co wpływa na jego popularność?
Nie jest łatwo znaleźć równowagę w życiu. Jesteśmy nieustannie bombardowani tyloma bodźcami, tak wiele rzeczy równocześnie mamy przed oczyma i w naszym umyśle, że trudno jest znaleźć jakiś zdrowy balans. Niewielu z nas ma dzisiaj poczucie, że jest kreatorem rzeczywistości, nawet tej w naszym najbliższym otoczeniu. O wiele bardziej wchłaniamy jakieś ‘posty’, które przychodzą, ‘przepuszczając’ je przez nasze oczy, umysł, nie tyle ‘dotykając’ tej rzeczywistości, co opuszkami palców skrolujemy ją jak na ekranie smartfona, nie zatrzymując się nad niczym szczególnie. Jesteśmy niby na ‘bieżąco’, ale zaledwie ‘muśnięci’ informacją, obrazem czy wrażeniem.
Tak, co nieco się w kwestii formacji w ostatnich latach zmieniło, ale niestety trzeba powiedzieć to jasno: zmieniło się za mało. Pokazują to jasno rekomendacje komisji z diecezji sosnowieckiej. Ale jednocześnie wciąż tkwimy w systemie, w którym wciąż części Kościoła się wydaje, że ksiądz wyświęcony to ksiądz w pełni gotowy.
Minęły cztery lata od pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Coraz więcej świadectw zdaje się mówić, że wojny nie wygrywa się nienawiścią i liczba zabitych nieprzyjaciół nie przybliża do zwycięstwa. Inna jest droga do triumfu: miłość walczącego żołnierza do własnych dzieci. Dopóki ona nie zgaśnie, nic go nie pokona. To duch, a nie pocisk zwycięża. O takie przesłanie dbają ci, których można spotkać przy linii frontu, obok lekarzy i sanitariuszy – kapelani i młodzież studencka.
Odpowiedzialne korzystanie ze sztucznej inteligencji staje się dziś realnym wyzwaniem, którym powinniśmy się pilnie zająć, bo bezrefleksyjny i niczym nieograniczony dostęp do AI może doprowadzić i doprowadza do ludzkich dramatów. W takiej rzeczywistości apele płynące od przedstawicieli Kościoła, by w Wielkim Poście ograniczyć korzystanie z telewizji i radia, to zdecydowanie za mało.
Kilka tygodni temu mój nastoletni syn podszedł do mnie ze słowami: „mamo, ogarnąłem sobie spowiedź. Idę do kościoła, wracając wejdę do sklepu, będę za godzinę”. Słuchałam lekko zadziwiona, bo w pierwszym momencie nie do końca załapałam o co chodzi. Syn po prostu chciał wyspowiadać się wtedy, gdy jest w kościele cicho, bez pośpiechu i u kapłana, którego sobie wybrał. I tak jak powiedział, „ogarnął” to sobie tak, żeby było dokładnie, jak zaplanował.
Archidiecezja częstochowska dołącza do nielicznych diecezji, które zdecydowały się na własną rękę zbadać przeszłość dotyczącą wykorzystywania małoletnich. Zapowiedź abp. Wacława Depo o powołaniu specjalnej komisji to nie tylko lokalna inicjatywa, ale też wyraźny sygnał wysłany w stronę podzielonego Episkopatu. Podczas gdy jedni hierarchowie obawiają się „burzenia Kościoła”, doświadczenia z Sosnowca pokazują, że tylko bolesna kwerenda archiwów i stanięcie w prawdzie mogą przynieść realne oczyszczenie.
Każdy kto prowadzi działalność publiczną lub chociaż trochę bardziej niż inni zaangażowany jest w Internecie, prędzej czy później spotka się z hejtem. To znak naszych czasów, bo jeszcze kilkanaście lat temu, jak komuś się coś nie podobało, to mógł co najwyżej pokrzyczeć sobie do telewizora, a teraz ma nieograniczone możliwości wyrażania swojego zdania. Z przykrością musimy stwierdzić, że często to zdanie jest nie tylko negatywne, ale też obraźliwe, nieadekwatne i poniżające.
W ostatnich dniach przypomniałem sobie, jak wyglądał Wielki Post jeszcze kilka lat temu. W mojej rodzinnej parafii, razem ze wspólnotą oazową, przygotowywaliśmy wielkopostne czuwanie modlitewne. Jednak nie doszło ono do skutku. Czuwanie zostało odwołane, a resztę 40-dniowego czasu zadumy spędziliśmy w prawdziwym odosobnieniu. Był to rok 2020. Czego uczy tamten czas?
Czy to, co mówimy, pomaga drugiemu człowiekowi, czy go osłabia? Codzienne eksponowanie ironii, wulgaryzmu i szyderstwa w otaczającej nas przestrzeni szybko staje się częścią kultury i obezwładnia nas siłą inercji. Skąd się bierze ta powszechna gotowości do oswajania wulgaryzmów i akceptowania "gwiazdek" z intencją, że jak się brzydkie słowo nieco zasłoni, to można uznać, że problem zniknął?
Leon XIV ma świadomość problemów, z którymi muszą się dzisiaj mierzyć księża i widać, że bardzo mu zależy na ich wspieraniu. Także w zderzeniu ze sztuczną inteligencją.
W czasach globalnych napięć i kryzysu międzynarodowych instytucji coraz wyraźniej widać, że spór toczy się nie tylko o granice i interesy, lecz także o język. Słowa mogą ranić, wykluczać i dzielić, ale mogą też przywracać sens wspólnocie. Od nich zaczyna się droga ku katastrofie albo ku pokojowi.
Niemal każda wierząca osoba, jaką znam, dostała kiedyś od Boga jakieś specjalne słowo z Biblii. Taki werset, który w momentach kryzysu trzyma ją przy życiu. Bardzo konkretną Bożą obietnicę.
Dzięki sztucznej inteligencji powstają dziś obrazy, wiersze i muzyka. W kilka sekund. Nigdy wcześniej tworzenie nie wydawało się tak łatwe, a jednak nigdy wcześniej akt twórczy nie był tak zagrożony utratą swojej duszy.
Gdy myślę o nabożeństwach drogi krzyżowej dla dzieci, przypominają mi się artykuły, które czytałam na świeckich portalach i które były skierowane przeciwko lekcjom religii w szkole. Jednymi z głównych argumentów jakie się tam pojawiały były myśli w stylu: nie będę dziecka straszyć cierpieniem; nie będę pokazywać mu krzyża; nie dla promowania przemocy!
Obecność biskupa Andrzeja Jeża na sali rozpraw w charakterze oskarżonego to precedensowy proces. Kluczowym punktem sporu prawnego zdaje się być interpretacja pojęć „wiarygodna wiadomość” oraz „niezwłoczność” zgłoszenia. Sprawa ta może wyznaczyć granice między wewnętrznym dochodzeniem kanonicznym a obowiązkiem natychmiastowego współdziałania z państwowymi organami ścigania w sprawach dotyczących wykorzystywania małoletnich. To dopiero początek.
Bł. kard. Stefan Wyszyński przypominał: „jeśli w naszym narodzie ma nadal istnieć wiara, istnieć Kościół, jeśli ma istnieć sam naród, to musi zostać pokonana plaga pijaństwa”. Apele o trzeźwość brzmią jak wyuczony wierszyk, ale inaczej myślą osoby, których alkohol doprowadził na skraj przepaści. Tegoroczny Wielki Post to kolejna szansa, aby zmienić świat na lepszy - konkretnym czynem i osobistym przykładem.
Niedawno brałem udział w dwudniowym spotkaniu ewangelizacyjnym, podczas którego jeden z prelegentów podzielił się świadectwem. Opowiedział m.in. o tym, jak kilka lat temu otarł się o śmierć, a przed jego oczami przewinęło się życie. Opisał, że nie miał wtedy poczucia swojej grzeszności, a jedynie niesmak związany z tym, że nie potrafił bardziej odpowiadać na Bożą miłość. To piękne świadectwo podsumował jednak słowami, że "nasz grzech nie jest żadnym problemem", a jedyną rzeczą, która liczy się w życiu, jest miłość.
{{ article.description }}