Jeździmy tam od kilku lat. Plaża niedaleko rezerwatu ptaków - jedno z ostatnich znanych mi miejsc na polskim wybrzeżu, gdzie nie ma frytek, kukurydzy, gofrów, dmuchanej zjeżdżalni ani ryczących megafonów zapraszających na rejs statkiem piratów albo przejażdżkę autkiem Nemo. Rezerwatowe obostrzenia przynajmniej od strony prawnej dają luksus ciszy i obcowania z naturą.
Wyobraźmy sobie taką scenę: niedzielny poranek, kościelne dzwony biją na sumę, w ławkach tłoczno, a z ust płynie gorliwe „… i jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Istna sielanka, gdyby nie fakt, że w poniedziałek rano ten rytm serca zaczyna dyktować już nie Ewangelia, a sejmowa szczekaczka. To nie jest złośliwość felietonisty, to bezlitosna statystyka, która wylewa nam na głowy kubeł lodowatej wody.
Wsłuchując się w papieskie słowa skierowane do bardzo konkretnych grup młodych na różnych kontynentach warto zadać kilka pytań o ich sytuację w Kościele w Polsce.
Łagodność nie ma dzisiaj zbyt dobrej ‘prasy’. Promowana jest raczej przebojowość, skuteczność, umiejętność szybkiego dostosowywania się do wyzwań, przed jakimi stajemy. Świat wokół nas wydaje się być szorstki, a często nawet brutalny. Na pierwszych stronach mediów królują raczej historie o mocnych, zdecydowanych ‘bohaterach’. Specjalnie piszę to w cudzysłowie, bo to zwykle nie jest postawa godna naśladowania.
25 lipca przykościelne parkingi w Polsce przeżywają oblężenie, którego mogłaby im pozazdrościć niejedna niedzielna suma. Sznury aut ustawiają się jak w konkursie piękności, a ich właściciele z namaszczeniem czekają na ten moment: machnięcie kropidłem i kilka kropel wody na masce. To jedno z najpopularniejszych błogosławieństw w naszym kraju – w rankingu popularności bije je chyba tylko wielkanocna „święconka” i może kreda na Trzech Króli. Do tego rytuału przywiązani jesteśmy tak bardzo, że niegdyś nawet politycy SLD, partii z definicji mało kościelnej, święcili swoje kampanijne czerwone autobusy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden drobny, krwawy szczegół: jesteśmy w ścisłej europejskiej czołówce pod względem liczby wypadków i ofiar śmiertelnych.
Czy to będzie obiekt kultu religijnego, czy atrakcja turystyczna? Może jedno i drugie. We wsi Konotopie w województwie kujawsko-pomorskim powstaje monumentalny posąg mający przedstawiać Matkę Bożą Bolesną, ukoronowaną królową nieba. Zakończenie projektu zaplanowano na 15 sierpnia w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Pielgrzymi będą mogli zmówić tu modlitwę, a turyści wypowiedzieć swoje życzenie lub je tylko pomyśleć i mieć nadzieję, że się spełni. Ponadto wjadą windą, pewnie za drobną opłatą, na taras widokowy, by podziwiać z posągu okolicę.
Już jakiś czas temu miałam ogromną nadzieję, że era kultu szczupłego ciała minie bezpowrotnie... Wszem i wobec mówi się o akceptacji siebie, ciałopozytywności, o zmieniających się w ekspresowym tempie kanonach piękna oraz tym, że szczupły nie zawsze znaczy zdrowy. Jakże te nadzieje są płonne! Patrzę na zdjęcia pewnej katolickiej twórczyni… Przerabia je w AI, by wyglądać młodziej i szczuplej. Gdyby nie to, że zdradza ją „różaniec”, który trzyma w ręku, pewnie sama uwierzyłabym w tę przemianę. Ale AI pomylił liczbę koralików, wydało się. Gdyby nie to, że koleżanki wysyłają mi swoje zdjęcia, gdy szukają sukienki na wesele i ciągle widzą na nich za duży, wystający brzuch, to bym uwierzyła, że jednak z akceptacją siebie jest u nas całkiem dobrze. Gdyby nie to, że sama mam problem z dobraniem ubrań w odpowiednim rozmiarze, byłoby naprawdę fajnie.
Od czasu wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie wiele razy pisałem na tych łamach o naszym stosunku do Ukraińców. Jak dotąd całkiem niezłym. Ostatnio wzajemne relacje uległy ochłodzeniu – nie tylko w sferze politycznej. Jednego dnia media doniosły o pobiciu Ukraińca, innego o tym, że kierowca miejskiego autobusu zaatakował kilkuletnią pochodzącą z Ukrainy dziewczynkę.
W okresie wakacyjnym uaktywniają się nawet najmniej zagorzali użytkownicy mediów społecznościowych, aby zamieścić zdjęcia z wakacyjnych wyjazdów. Można zobaczyć relacje znajomych z podróży do Grecji, Turcji, Tunezji czy Egiptu. W oczach Polaków podróże stały się wyznacznikiem wysokiego statusu społecznego i sposobem na zaimponowanie sąsiadom.
Niespodziewany sukces na Orlej Perci i górskie zaskoczenia stały się punktem wyjścia do głębszego namysłu nad Kościołem. Odwołując się do encykliki Leona XIV, możemy zobaczyć, że prawdziwa wspólnota powstaje tam, gdzie nikt nie ocala się sam.
Czy osoba konsekrowana to bohater o żelaznej sile ducha, który nie potrzebuje zwykłej bliskości? O przekraczaniu sztucznego dystansu, pułapce osamotnienia i o tym, dlaczego warto czasem zapytać o proste, ludzkie: „Jak się siostra/brat/ksiądz dzisiaj miewa?”.
Można się zastanawiać, czy wizyta abp. Paula Richarda Gallaghera w Ukrainie to sygnał bliskiej pielgrzymki Leona XIV do tego kraju. Z pewnością nie należy jej lekceważyć.
W ostatnim czasie znów odżyła sprawa umożliwienia świeckim głoszenia kazań. Ale to oczywiście nie u nas, gdzie panują zdrowe zasady, ale za naszą zachodnią granicą, gdzie jak wiemy, z tymi zasadami jest znacznie gorzej. Watykan odpowiedział krótko, że nie ma takiej możliwości, bo czas po odczytaniu Ewangelii zarezerwowany jest dla duchownych. Jednak moim zdaniem to nie tylko ten konkretny moment powinien być zarezerwowany dla treści religijnych, ale cała liturgia: aż do końca.
Kryzys wiary nie zawsze jest końcem historii. Niekiedy właśnie w chwili największego osłabienia rodzą się procesy, które po latach przynoszą nieoczekiwane owoce. Tak było w historii Kościoła wielokrotnie. Wyniki badań religijności w Stanach Zjednoczonych, kolejne pontyfikaty oraz współczesne oznaki odnowy pokazują, że tam, gdzie wielu dostrzega wyłącznie kryzys, Bóg może otwierać nową drogę i budzić nadzieję.
Wracając ostatnio pociągiem, stałam się mimowolnym świadkiem sceny, która do teraz pali mnie w środku żywym ogniem. Siedziałam obok ojca z około dziesięcioletnim synem. Na początku – sielanka. Ciepła, radosna relacja. Ojciec właśnie odwoził małego do byłej żony i miał tam spędzić z nim kilka chwil. Wszystko wyglądało pięknie, dopóki nie runął domek z kart.
Prezydent Nawrocki zawetował projekt ustawy o związkach partnerskich. W debacie publicznej, która przetacza się przez kraj, słowa „tradycja”, „wiara” i „ochrona rodziny” odmienia się przez wszystkie przypadki, rzadko jednak – mam wrażenie – zaglądając do samego tekstu regulacji. Od lat pisząc o sprawach Kościoła obserwuję ścieranie się ideologii z pragmatyką i muszę postawić sprawę jasno: zawetowany projekt w żaden sposób nie podważał instytucji małżeństwa, nie zrównywał z nim związków partnerskich, a tym bardziej nie uderzał w nauczanie Kościoła.
Z dala od zgiełku miast, w albańskich Alpach, rodzi się moja nowa pasja. Bardzo łatwo znaleźć tu kamienie, które po obróbce cieszą oko. Już ich naturalny wygląd i sama świadomość, że powstały setki milionów lat temu, jeszcze przed dinozaurami, elektryzuje. Jaspis, serpentyn, agat. Niby nie żyją, nic nie czują, a tak wiele sprawiają mi radości. Każdy jest niepowtarzalny. Zabiorę kilka z nich do domu.
Po opublikowaniu „Wspólnego oświadczenia w sprawie relacji polsko-ukraińskich”, podpisanego przez kard. Mykołę Byczoka CSsR, kard. Konrada Krajewskiego, kard. Kazimierza Nycza, kard. Grzegorza Rysia i abp. Światosława Szewczuka, w sieci pojawiło się 13 milionów wpisów, z których – jak zauważył Piotr Zaręba – 82 procent „opowiada się po stronie narracji krytycznej wobec Ukrainy”. O samych sygnatariuszach napisał natomiast, że choć przyświecał im „cel szczytny”, to wybrali „drogę fałszywą”. Stwierdził, że nie może „owego listu pięciu hierarchów zaakceptować”, ponieważ „za patosem odwołań się do Ewangelii kryje się polityczna teza”. Jego zdaniem sprawia ona, że „można odnieść wrażenie, iż bezkompromisowa «ewangeliczność» staje się dla różnych odłamów drogą do przyjmowania konkretnych konceptów – lewicowych i politycznie poprawnych”.
Kilka dni temu umieściłam w mediach społecznościowych wpis o pewnej książce. To “Pamiętnik duchowy” św. Małgorzaty Marii Alacoque, kojarzonej głównie z pierwszymi piątkami miesiąca. Za każdym razem, gdy piszę w mediach społecznościowych o sakramencie spowiedzi, moja skrzynka odbiorcza zapychana jest wiadomościami. Tym razem dotyczyły one zacytowanych słów Jezusa, które zanotowała św. Małgorzata w chwili zwątpienia i lęku o to, czy potrafi się dobrze wyspowiadać: “Dlaczego tak się dręczysz? Czyń, co w twojej mocy, a gdyby na końcu jeszcze czegoś brakowało, Ja to uzupełnię. W sakramencie tym oczekuję jedynie na skruszone i pokorne serce, które ma szczerą wolę nieobrażania Mnie więcej, a oskarża się bez ukrywania czegokolwiek. W takim przypadku natychmiast udzielam przebaczenia i dusza staje się czysta”.
Kościół zawsze był i jest "młody" w tym sensie, że jego siła nie mierzy się tylko średnią wieku na niedzielnej mszy. Siła Kościoła to zdolność do generowania entuzjazmu i głodu Boga wśród tych, którzy dopiero zaczynają życie. Jan Paweł II rozumiał to doskonale.
{{ article.description }}