Żyjemy w świecie, który mało dba o to, co jest, ale bardziej zwraca uwagę na to, jak coś się prezentuje. Wszystko musi być odpowiednio przygotowane, podrasowane i zaprezentowane w przestrzeni publicznej. Ta presja zewnętrzna na ‘sukces’ jest tak duża, że zapomnieliśmy co to znaczy ‘być sobą, być naturalnym’.
Tytuł tego tekstu nie jest przypadkowy. Zdanie to jest fragmentem spontanicznej modlitwy starego kapucyna z Argentyny, o. Dri, którego pod koniec życia Papież Franciszek mianował kardynałem. Ojciec Dri był niestrudzonym spowiednikiem, który codziennie wiele godzin spędzał w konfesjonale i zasłynął z tego, że… wszystkich rozgrzeszał. Czy właśnie tak powinni się zachowywać wszyscy księża?
Ostatki i koniec karnawału, to bardzo dobry czas żeby przyjrzeć się temu w jaki sposób przeżywamy naszą relację z Bogiem w codzienności. Za chwilę w Wielkim Poście będziemy trwać w okresie pokuty za nasze grzechy, zdawać sobie sprawę ze słabości i towarzyszyć Jezusowi w cierpieniach podczas męki. Potem wraz z całym Kościołem świętować będziemy zwycięstwo nad śmiercią i szatanem. Radość podczas tego świętowania będzie bardzo wzniosła, niosąca w sobie teologiczną wagę Zmartwychwstania, sięgającą wieczności całego stworzenia. Tymczasem radość, którą przeżywamy w tych ostatnich dniach karnawału może wydawać się zbyt przyziemna, żeby zapraszać do niej Pana Boga.
Olena Tkaczuk
Gdyby miłość nie była wieczna, nie potrafiłabym jej zaufać. Codzienne doświadczenie uczy nas przecież, że wszystko w tym płynnym, zmieniającym się świecie ma swój kres. Kończą się zapasy kawy i mąki, kończą się pieniądze na karcie i lata studiów. Kończą się wojny i okresy zawieranego po nich pokoju. Przyjaźnie i relacje urywają się z tysiąca powodów. A co z miłością?
Gdzie Bóg szuka uczniów, gdy seminaria pustoszeją? Czy współczesne chrześcijaństwo imprezowe dla młodzieży jest adekwatną odpowiedzią na wezwanie Chrystusa: „Pójdź za Mną”? Czy grupy rekonstrukcyjne rozmiłowane w dawnej liturgii budują królestwo Boże na ziemi, czy mury wokół piaskownicy z zabawkami? Gdy widzę, jak ludzie bawią się w chrześcijaństwo, wydeptują ścieżki do miejsc prywatnych objawień albo uprawiają turystykę religijną, to cierpliwie czekam aż spotkają Chrystusa, który zapyta: Nie widzieliście moich owiec?
Obchodziliśmy wczoraj Światowy Dzień Chorego. To święto ustanowione przez papieża Jana Pawła II w 1992 roku, obchodzone co roku 11 lutego, w dzień liturgicznego wspomnienia Matki Bożej z Lourdes. Być może zwróciło naszą uwagę nietypowe ogłoszenie duszpasterskie, które padło z ambony w minioną niedzielę, że tego dnia można przyjść do kościoła i przyjąć sakrament namaszczenia chorych. Być może nawet pojawiło się w nas pytanie: ale po co? czy to nie jest sakrament dla umierających i tych, których uleczyć się już nie da?
Poniedziałkowy wieczór przyniósł miłą niespodziankę – srebro olimpijskie zdobył Kacper Tomasiak. W mgnieniu oka Internet obiegła informacja, że 19-latek z Bielska-Białej pełni posługę lektora w swojej parafii. Pytanie tylko, czy źródłem tej reakcji była sama radość, czy raczej zaskoczenie, że młody, odnoszący sukcesy sportowiec otwarcie żyje swoją wiarą.
„Nie oglądajmy się na wszystkie strony. Nie chciejmy żywić całego świata, nie chciejmy ratować wszystkich. (…) Chciejmy pomagać naszym braciom, żywić polskie dzieci, służyć im i tutaj przede wszystkim wypełniać swoje zadanie – aby nie ulec pokusie «zbawiania świata» kosztem własnej ojczyzny”.
Trwa Tydzień Małżeństwa – międzynarodowa, świecka akcja promująca wartość wspólnego małżeńskiego życia. W wielu miastach Polski organizowane są rozmaite inicjatywy i propozycje, które mają zainspirować małżonków do wspólnego spędzenia wyjątkowego czasu. My w Kościele też możemy dobrze wykorzystać tę akcję, po to, by w natłoku informacji o rozwodach przypomnieć wiernym, co wyróżnia sakramentalne związki i jak wiara może je cementować. Bo przecież nie jest tak, że sakramentalne małżeństwa nie przeżywają trudności ani kryzysów. Mamy jednak w Kościele szereg praktyk, które bardzo konkretnie mogą nam pomóc przełamać relacyjne impasy i zbliżyć się do siebie, odkrywając pełnię piękna Miłości, do której zostaliśmy zaproszeni, decydując się na tę drogę powołania. Jedną z takich - w mojej opinii wyjątkowo skutecznych praktyk - jest wspólne czytanie Pisma Świętego.
Wygląda na to, że Kościół (nie tylko w Polsce) powoli dojrzewa do poważnej, spokojnej rozmowy nie tylko o roli i zadaniach tzw. księży influencerów, ale także o wykorzystaniu w duszpasterstwie internetu, a zwłaszcza tzw. mediów społecznościowych.
W ostatnich trzydziestu kilku latach świat dynamicznie rozwija się na wielu płaszczyznach. To tylko niespełna cztery dekady, a zmiany jakie nastąpiły wprawiają w osłupienie nawet wytrawnych analityków. Konia z rzędem temu, kto by przewidział rozwój wypadków na przełomie wieków i to, co się dzieje teraz.
Pisałam ostatnio o kurialnej komunikacji w sprawie ks. Sawielewicza; takiej, która stawia zwykłych, zaniepokojonych ludzi na drugim albo trzecim planie. Dziś do kompletu będzie o tym, jak bardzo inaczej może wyglądać taka komunikacja, na świeżutkim przykładzie z mojej własnej diecezji.
„Prawidłowa interpretacja tekstów świętych nie może pomijać kontekstu historycznego, w którym one powstały, ani form literackich, które zostały w nich użyte” – przypomniał papież Leon XIV w swojej katechezie z 4 lutego. Bóg przemawiając do człowieka posługuje się ludźmi, ich językiem i kulturą. Wciela się niejako w rzeczywistość bliską odbiorcy. Bierze pod uwagę jego mentalność i ograniczenia. Posługuje się obrazami, które interpretowane w oderwaniu od rzeczywistości historycznej bywają niezrozumiałe. I mogą wprowadzać w błąd.
Wielką siłę i sens widzę w zwykłych, często przypadkowych rozmowach tych bardziej zaangażowanych, świadomych katolików z osobami, które są na innym etapie swojej życiowej drogi. Jesteśmy na różnych etapach swojego życia duchowego, a drugi człowiek jest często kimś, kto nie pojawia się na naszej drodze by go oceniać, ale po to, byśmy wzajemnie mogli się ubogacać.
Jak bumerang powróciła do debaty publicznej sprawa oskarżeń o wykorzystywanie seksualne biskupa Jana Szkodonia, zmarłego w ub. roku biskupa pomocniczego archidiecezji krakowskiej. Sprawa, w której słowem kluczem jest słowo: „bezradność”. Na wielu poziomach.
4 lutego obchodzimy Światowy Dzień Walki z Rakiem. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że to kolejny tekst na ten sam, oklepany temat. Jednak, jeśli choć jedna osoba po jego przeczytaniu pomyśli: „pójdę się zbadać” i usłyszy diagnozę, że choroba została wykryta we wczesnym stadium, a rokowania są bardzo dobre, to wiem, że warto było to napisać. Nawet kilka prostych słów może uratować czyjeś życie. Musimy o tym mówić, bo słowo ma prawdziwą moc w takich sprawach – także twoje.
Spacerując niedawno po ulicach Brukseli, wypatrzyłam na jednej z witryn sklepowych plakat z takim hasłem: „If you’re looking for a sign, this is it” („Jeśli szukasz znaku, oto on”). Pomyślałam sobie, że hasło to jest genialne w swej prostocie. Każdy przecież szuka jakiegoś znaku, a jeśli nawet nie szukał, to może właśnie w tym momencie uświadomi sobie, że jednak szukać powinien. Pewnie dla kogoś to może być impuls, żeby wejść do tego sklepu z ubraniami i zakupić tam niebotycznie drogą sukienkę. Dla wielu innych może być to prawdziwy znak od Opatrzności w sprawie, w której czekali na jakąś odpowiedź. Czy tak może działać Pan Bóg? Przez sklepową witrynę?
Wiadomo, że teraz wszyscy jesteśmy przebodźcowani wiadomościami. Nie odpisujemy, nie potrafimy dłużej rozmawiać, wymieniamy krótkie zdania w komunikatorach. Tylko czy rzeczywiście dobrze jest uznać to za normalne?
Żyjemy w czasach, w których manipulowanie uwagą milionów, a nawet miliardów ludzi, jest zjawiskiem powszechnym. Tym bardziej, zwłaszcza w Kościele, trzeba nagłaśniać tematy i zdarzenia, które nie przebijają się przez gąszcz medialnej papki, mimo ich dużego znaczenia.
Świat okazuje się być niebezpiecznym miejscem. I to nie tylko dlatego, że aura tej obecnej zimy jest wyjątkowo niesprzyjająca w naszej części świata, ale przede wszystkim przez wzrost napięcia między narodami. Dzisiaj świat zdaje się być nieodwracalnie zmieniony, bardziej zagrożony. Odebrano nam poczucie bezpieczeństwa. Rozwój technologiczny zbyt często jest nasączony agresywną próbą zdominowania innych. Silniejsi i mający większe wpływy zdają się być poza kontrolą. Puściły hamulce cywilizacyjne. Interes i zysk liczy się bardziej niż empatia, sprawiedliwość i humanitarność.
{{ article.description }}